Wenezuela od kilku lat pogrąża się w coraz większym chaosie. Przyczyn wybuchu niezadowolenia wśród społeczeństwa można szukać w wielu problemach dotykających Wenezuelczyków, jednak drogi do kryzysów: politycznego, ekonomicznego i społecznego spotykają się w magazynach z ropą.
Geneza kryzysu
Według danych OPEC ropa i jej pochodne odpowiada za 95 proc. eksportu (i 25 proc. PKB) kraju. Dochody z ropy przeznaczane były z kolei na liczne programy socjalne, wśród nich najważniejszymi były te zapewniające najbiedniejszym jedzenie i dobra podstawowe oraz dotyczące gospodarki mieszkaniowej. Gdy cena ropy zaczęła gwałtownie spadać z poziomów ponad 100 dolarów za baryłkę, gospodarkę Wenezueli czekał nieunikniony szok i problem, skąd brać pieniądze na zaspokajanie potrzeb swoich obywateli.
I choć niższe ceny ropy były punktem zapalnym, to za pogrążenie się w kryzysie odpowiadają rządy Wenezueli. Potężne środki finansowe generowane z zasobów ropy przeznaczane były na rozdawnictwo, by zdobyć poparcie polityczne, zamiast na infrastrukturę i inwestycje. W rezultacie, gdy ropa przestała być głównym napędem gospodarki, okazało się, że nie przewidziano żadnych alternatyw czy też planu B, a niczego poza ropą nie opłaca się tam produkować.
Za obecny obraz sytuacji w Wenezueli odpowiada m.in. urzędowa kontrola cen. W domyśle miała ona zapewnić przystępne ceny dla najuboższych mieszkańców Wenezueli, w obliczu kryzysu producenci jednak zmniejszyli produkcję, wiedząc, że nie mogą na nich zarobić przez urzędowe ograniczenia. Kolejnym problemem jest kontrola obrotu walutami. Przedsiębiorstwa, które mogły kupować dolary po niższej cenie, by kupować za nie najważniejsze dobra, jak np. lekarstwa, mogą zamiast tego po prostu sprzedać walutę na czarnym rynku.
Zapaść gospodarki
Dopóki pieniądze z ropy wciąż napływały, można było je wykorzystywać do walki z ubóstwem, co dawało ogromną siłę polityczną Zjednoczonej Partii Socjalistycznej Wenezueli. Jeszcze za czasów Chaveza ubóstwo spadło z 50 proc. w 1998 roku do 30 proc. w 2012 roku. Maduro chciał kontynuować politykę poprzednika, na jego drodze stanęła jednak nadwyżka podaży ropy na świecie. Gdy cena baryłki ropy spadła w 2016 roku poniżej 30 dolarów, gospodarka kraju rozpoczęła swoją drogę ku przepaści. PKB Wenezueli skurczył się w 2016 roku o 18,6 proc., a inflacja CPI dobiła do 800 proc. rdr. Jest to efekt między innymi tego, że na ratunek Wenezueli ruszył między innymi bank centralny kraju, drukując boliwara na potęgę i docierając do punktu, w którym nie miał pieniędzy, by drukować pieniądze.

Jednym z rozwiązań było też ogłoszenie przez Maduro 12 grudnia 2016 roku, że w ciągu 72 godzin banknoty o nominale 100 boliwarów stracą ważność, a były wtedy najwyższym nominałem w Wenezueli i odpowiadały za ok. 80 proc. wartości gotówki. Co ciekawe, 72 godziny po ogłoszeniu decyzji, wciąż nie było nowych banknotów. Wenezuelczycy chcieli pozbyć się starych pieniędzy, ale nikt nie chciał ich przyjmować, a wypłacenie gotówki z banków nie było możliwe przez brak nowych banknotów.
Przez ostatnie 2 lata na czarnym rynku kurs boliwara do dolara stale rósł i obecnie wynosi już ponad 11 000 boliwarów za jednego dolara, a świat obiegła ostatnio informacja, że waluta z gry „World of Warcraft” jest warta więcej niż boliwar. Kurs oficjalny z kolei też rośnie – w lutym 2016 roku podniesiono kurs wymiany z 6,3 boliwara za 1 dolara do 10 boliwarów za jednego „zielonego”.
Zdaniem Maduro problem inflacji wynikał z działań spekulantów krwiożerczych kapitalistów, a problemu nie ma, bo przecież w 2016 roku minimalna płaca została podniesiona 5 razy – łącznie o 454 proc.
Spadek wpływów z ropy wpłynął katastrofalnie na budżet państwa, co z kolei pogłębia problem zadłużenia za granicą. Na początku 2017 roku Wenezuela była dłużna zagranicy 140 mld dolarów, podczas gdy w swoich rezerwach posiadała zaledwie 10 mld. Pojawiły się więc obawy o bankructwo kraju, którym nie pomagają sankcje nałożone przez Stany Zjednoczone.
Sprzedaj dom albo go zabierzemy
Problem mieszkalnictwa jest jednym z najdotkliwszych problemów trapiących obywateli Wenezueli. W 2005 roku urząd odpowiedzialny za ten sektor szacował, że brakuje 1,6 miliona domów, a w planach było wybudowanie zaledwie 10-120 tys. mieszkań. W 2011 roku brakowało już 2 milionów domów, a w odpowiedzi na te potrzeby uruchomiono Wielką Wenezuelską Misję Mieszkaniową (Venezuela’s Great Housing Mission). Uczestniczący w programie płacą niską opłatę hipoteczną, a w zamian dostają dożywotni tytuł posiadania nieruchomości na rodzinę, który może być przeniesiony tylko w specjalnych okolicznościach. Jednak już rok później problemem zaczął być brak surowców potrzebnych do budowania domów i pod koniec prezydencji Chaveza w 2013 roku brakowało już 3 milionów mieszkań. Po przejęciu władzy Nicolas Maduro próbował temu zaradzić w sposób bliski socjalistycznym rządom – zabierając innym. W 2014 nowy prezydent Wenezueli zarządził, że opuszczone samochody i inne pojazdy zostaną zarekwirowane w celu przetopienia na pręty zbrojeniowe, ale - co ważniejsze - ogłosił, że osoby posiadające trzy lub więcej nieruchomości przeznaczonych na wynajem, zostaną zmuszone do ich sprzedaży po ustalonej cenie, w innym przypadku zostaną ukarani grzywną lub ich nieruchomości zostaną przejęte przez rząd.
W lutym 2017 roku kraj pochwalił się jednak, że od 2011 roku udało się wybudować 1,5 miliona domów.
Chaos, protesty społeczne i walka polityczna
Wszystkie te ekonomiczne bolączki przełożyły się na problemy przeciętnego mieszkańca Wenezueli. W sklepach zaczęło brakować podstawowych dóbr, lekarstw i jedzenia, a import spadł z 66 mld dolarów do 18 mld w latach 2012-16. Ludzie zmuszeni byli stać w kolejkach godzinami, bez gwarancji dostania tego, co potrzebują lub zwracając się w stronę czarnego rynku. Opozycja z kolei zaczęła spotykać się z coraz przychylniejszymi głosami ludu.
Przeczytaj także
Za biedą i bezsilnością idzie z kolei przestępczość. W 2016 roku miało miejsce najwięcej w historii Wenezueli morderstw - 28 479, co daje 91,8 na 100 000 osób. Dla porównania wskaźnik ten dla Stanów Zjednoczonych wynosi 5 zabójstw na 100 000 osób, a w Polsce w 2016 roku, według danych policji, popełniono 456 zabójstw. Do Wenezueli powróciły też dawno niewidziane choroby, jak malaria i błonica, według badań wenezuelskiego uniwersytetu 87 proc. populacji przyznaje, że nie ma pieniędzy na jedzenie. A w tle toczy się wielki konflikt polityczny.
Na fali niezadowolenia społecznego pod koniec 2015 roku zjednoczona opozycja jako Koalicja na rzecz Jedności Demokratycznej wygrała wybory parlamentarne, uzyskując 112 z 176 możliwych mandatów. Zjednoczona Partia Socjalistyczna Wenezueli przegrała wybory po raz pierwszy od 16 lat, jednak nie zamierzała oddać władzy tak łatwo. Po zwycięstwie w wyborach opozycja rozpoczęła kampanię i przygotowania do referendum odwołującego Maduro z fotelu prezydenckiego, jednak we wrześniu 2016 roku organy wyborcze kraju, lojalne Maduro, rozkazały opozycji przerwanie kampanii, co rozpoczęło ogromne protesty obywateli i potępienie na arenie międzynarodowej.
W marcu 2017 roku natomiast miał miejsce najpoważniejszy „incydent”, kiedy to Sąd Najwyższy (lojalny wobec Maduro) ogłosił, że przejmuje od parlamentu władzę ustawodawczą, co miało przybliżyć prezydenta do władzy absolutnej. Już po kilku dniach sąd musiał wycofać się z tego pomysłu po reakcjach zarówno w kraju, jak i zagranicą, lecz Maduro nie porzucił marzeń o przejęciu całkowitej władzy. Kolejnym pomysłem na osiągnięcie celu jest zmiana konstytucji i oficjalne ustanowienie socjalizmu. Organem decydującym ma być Zgromadzenie Konstytucyjne czy też Konstytuanta. Jej członkowie będą mieć władzę na dokonanie zmian w prawodawstwie, wśród zapowiedzi Maduro jest m.in. zniesienie immunitetu poselskiego. „To będzie obywatelskie, robotnicze, chavistowskie zgromadzenie. Bez dawnych struktur politycznych i bez partii” – zapowiedział Maduro. Pomysł Konstytuanty wzbudził ogromne oburzenie wśród Wenezuelczyków i wywołał liczne protesty, które zwolennicy Maduro krwawo tłumią. Od początku kwietnia, kiedy rozpoczęły się protesty, zginęło ponad sto osób, a kilkaset ludzi zostało rannych.
30 lipca odbyły się wybory, w których bez większych niespodzianek zwolennicy Maduro zdobyli wszystkie 545 mandatów. Bez większych niespodzianek, bo wśród 5500 kandydatów wszyscy byli poplecznikami prezydenta Wenezueli. Dzień po wyborach aresztowani zostali przywódcy opozycji (na których już i tak wcześniej nałożony został areszt domowy), którzy nawoływali do zbojkotowania wyborów. Oficjalnie miało w nich wziąć udział ponad 8 milionów osób, ale opozycja twierdzi, że dane te są fałszywe i ocenia, że frekwencja nie mogła wynieść więcej niż 4 miliony. Szczególne wątpliwości budzi fakt, że według danych komisji wyborczych do 17:30 w wyborach miało zostać oddanych 3,7 mln głosów, co oznacza, że podczas ostatnich 90 minut zagłosować miało kolejnych 4,4 milionów Wenezuelczyków. Prokurator generalna Wenezueli Luisa Ortega ogłosiła w środę, że rozpoczęto śledztwo w sprawie podejrzeń o oszustwa, do których miało dojść podczas niedzielnych wyborów, a Maduro przesunął z czwartku na piątek inauguracyjne posiedzenie Konstytuanty.
Stany Zjednoczone, Unia Europejska, Kolumbia, Meksyk i Hiszpania już zapowiedziały, że nie uznają wyników kontrowersyjnych wyborów. USA zdecydowały się na nałożenie sankcji na Wenezuelę, zamrożono wszystkie aktywa prezydenta Maduro w Stanach Zjednoczonych i zakazano obywatelom Stanów Zjednoczonych prowadzenia interesów z Maduro. Według Reutersa, Stany Zjednoczone myślą nad dalej idącymi sankcjami, które miałyby uderzyć w sektor ropy, co miałoby katastrofalne skutki dla kraju. O podobnej decyzji myślała Unia Europejska, jednak ostatecznie jeszcze nie zdecydowała się na taki krok. A dalszy ciąg historii poznamy najprawdopodobniej w piątek, gdy odbędzie się pierwsze posiedzenie Konstytuanty.






























































