Akcje Kobe Steel przeceniono w środę o blisko 18% po spadku o 20% dzień wcześniej. Okazało się, że trzeci największy producent stali w Japonii fałszował dane o wytrzymałości i trwałości swoich produktów.
Rzecznik Kobe Steel oficjalnie potwierdził wcześniejsze doniesienia medialne. Japońska firma (nomen omen) sfabrykowała dane na temat parametrów produktów ze stali, aluminium i miedzi dostarczanych ponad 200 odbiorcom. Chodzi o dostawy do takich koncernów jak Toyota, Honda czy Mitsubishi. Feralne wyroby były wykorzystywane m.in. do produkcji samochodów i samolotów... a także wystrzelonej we wtorek przez japońską agencję kosmiczną rakiety H-IIA.
„Ten incydent niewłaściwego postępowania wyszedł na jaw na skutek wewnętrznych inspekcji i nadzwyczajnych audytów zgodności przeprowadzonych wobec produktów dostarczonych przez ostatni rok” – czytamy w oficjalnym oświadczeniu Kobe Steel.
Skandal w Kobe Steel stanowi zagrożenie nie tylko dla zarządu i akcjonariuszy spółki. Skoro takie szwindle miały miejsce w jednym z największych japońskich koncernów (Kobe Steel zatrudnia ok. 37 tys. ludzi), to nie można wykluczyć istnienia innych tego typu przypadków. Tym bardziej, że chodzi o towar „wrażliwy” – wykorzystywany w komponentach decydujących o bezpieczeństwie użytkowników samochodów, pociągów czy samolotów wytwarzanych w Japonii.
Tym bardziej, że to nie pierwszy w ostatnich latach przypadek, gdy wyroby japońskich producentów mają problemy z jakością. Wystarczy przypomnieć sprawę poduszek powietrznych firmy Takata, których nieprawidłowe działanie skutkowało akcją wezwania do naprawy 16,6 mln aut. Tego typu zdarzenia podważają reputację Japonii jako producenta niezawodnych maszyn i urządzeń.

KK






























































