W połowie września – pod naciskiem opinii publicznej przerażonej szybko rosnącymi cenami paliw – poprzedni minister finansów Mirosław Gronicki zmniejszył podatek o 25 groszy na litrze. Tymczasem rafinerie obniżyły cenę benzyny o 20 groszy i to na raty. W tym samym czasie spadały również ceny na światowych giełdach, więc można było podejrzewać, że koncerny paliwowe całą ulgę schowały sobie do kieszeni. Decyzja Gronickiego obowiązuje do końca roku. Co dalej? Otóż zapisane w projekcie budżetu na 2006 rok wpływy do kasy państwa oszacowano przy założeniu, że akcyza powróci w styczniu do starej, wyższej stawki, a później nawet wzrośnie dodatkowo o 16 groszy.
Premier Kazimierz Marcinkiewicz znalazł się między młotem a kowadłem. Z jednej strony obiecywał, że akcyza nie wzrośnie, z drugiej – nie ma jak załatać dziury w budżecie. Stąd wziął się karkołomny pomysł, by podatek podnieść, zmuszając jednocześnie rafinierie do obniżenia marży. Klienci łatwiej bowiem przełkną podwyżkę o kilkanaście groszy. A ponieważ to minister Skarbu Państwa decyduje w praktyce, kto kieruje naszymi koncernami paliwowymi, naciski na zarządy Orlenu i Lotosu mogą okazać się skuteczne.
Minister Andrzej Mikosz powiedział wczoraj, że nie widzi powodów do odwołania prezesa Grupy Lotos Pawła Olechnowicza, zamierza natomiast przyjrzeć się pracy prezesa Orlenu – Igora Chalupca. Według prognoz zysk netto Grupy Lotos w 2005 roku ma przekroczyć 640 mln zł, a Orlenu zbliży się do 1 mld zł.
Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
(JM)



























































