W poniedziałek o godzinie 14:00 za baryłkę ropy Brent płacono 72,35$, czyli o 0,8% więcej niż przed weekendem. Pochodzącym z Teksasu surowcem gatunku Light Crude handlowano po cenie 71,29$ za baryłkę, a więc o 0,7% wyższej niż w piątek.
Wczorajsza przecena ropy była pochodną silnych spadków na rynkach akcji. Spadające giełdowe indeksy były zaś efektem rozczarowujących danych z amerykańskiego ryku pracy. W maju sektor prywatny praktycznie nie zwiększył zatrudnienia, chociaż inwestorzy i ekonomiści liczyli na kilkaset tysięcy nowych etatów. A bezrobotny Amerykanin jest kiepskim konsumentem i może nawet zacząć oszczędzać na paliwie.
Ponadto nad rynkiem ropy ciążą problemy europejskich rządów, które borykają się z nadmiernym długiem publicznym i gigantycznymi deficytami budżetowymi. Przed weekendem w centrum uwagi znalazły się Węgry. Przedstawiciele nowego węgierskiego gabinetu mówili, że ich poprzednicy fałszowali dane statystyczne i że kraj może podzielić los Grecji. Takie doniesienia wywołały wzrost awersji do ryzyka i umocniły dolara względem euro. To była bardzo niekorzystna kombinacja dla wszystkich rynków surowcowych.
Tymczasem bardzo ciekawe rzeczy dzieją się na odległym końcu krzywej terminowej. Kontrakty na ropę z dostawą w roku 2018 są wyceniane na przeszło 92$ za baryłkę, czyli o 21$ drożej niż surowiec na rynku kasowym. Zdaniem analityków to skutek decyzji prezydenta Baracka Obamy, który po katastrofie w Zatoce Meksykańskiej zakazał dokonywania nowych odwiertów. Efekty już widać: firma Baker Hughes donosi, że liczba odwiertów w Zatoce Meksykańskiej spadła w ubiegłym tygodniu o połowę i jest najniższa od 16 lat. Może się okazać, że długoterminowym skutkiem eksplozji platformy należącej do BP będzie ograniczenie podaży surowca w całych Stanach Zjednoczonych.
K.K.






























































