Piątkowa sesja należała do tych bardziej specyficznych. Wzrostom na Wall Street i nowemu rekordowi w wykonaniu S&P500 towarzyszyła taniejąca ropa naftowa i mocny dolar.


Przy bardzo niskich obrotach (wolumen na amerykańskich rynkach akcji był o 1/4 niższy od średniej z poprzednich 20 sesji) S&P500 zyskał 0,46%, po raz kolejny w tym miesiącu osiągając najwyższy kurs zamknięcia w historii. Dow Jones urósł o 0,29%, ale rekordu nie pobił. Nasdaq po zwyżce o 0,52% przekroczył 5.100 punktów, ale to wciąż o 1% poniżej zeszłorocznego szczytu.
Amerykańskim rynkom akcji w dalszym ciągu sprzyjają trzy czynniki. Pierwszy – długoterminowy – to niemal rekordowo niskie stopy procentowe i silna wiara inwestorów w ich dalszy spadek na skutek interwencji banków centralnych. Drugi to odpływ kapitału z Europy, gdzie sytuacja za sprawą Brexitu i ataków terrorystycznych robi się coraz bardziej niezachęcająca.
Trzecim czynnikiem są poprawiające się oczekiwania względem zysków amerykańskich spółek. W nadchodzącym tygodniu raporty za drugi kwartał pokaże ok. 40% komponentów S&P500. Analitycy szacują, że zysk na akcję przypadający na cały indeks w minionym kwartale był o 3% niższy niż przed rokiem. N koniec czerwca prognozy mówiły o spadku rzędu 5,6%.
Wall Street czuje się na tyle mocne, że w piątek rynek zignorował niekorzystne dla amerykańskich akcji umocnienie dolara – kurs EUR/USD spadł poniżej 1,10 i znalazł się najniżej od „pobrexitowego” piątku.

Potaniała także ropa naftowa, w Nowym Jorku osiągając najniższy kurs zamknięcia od połowy maja. Taniejąca ropa to zła wiadomość nie tylko dla branży naftowej, ale też sporej części amerykańskiego sektora bankowego, mocno zaangażowanego w finansowanie „łupkowych” odwiertów.
Krzysztof Kolany






















































