Prezentację wyników amerykańskiej platformy pożyczek Lending Club przyćmił w poniedziałek skandal i rezygnacja CEO firmy. Okazało się, że sprzedając pakiet pożyczek, Lending Club wprowadził w błąd jednego z inwestorów. To syndrom poważniejszych problemów, które trapią sektor dziś w dużym stopniu uzależniony od instytucjonalnych dawców kapitału.


Ideę pożyczek społecznościowych zwykło się prezentować jako sposób na demokratyzację rynku finansowego. W założeniu platformy P2P mają łączyć pożyczkobiorców poszukujących finansowania z osobami, które pragną korzystnie zainwestować swoje nadwyżki. Czysto społecznościowy model „aukcji kapitału” nie zapewnia jednak możliwości szybkiego wzrostu. Dlatego największe platformy, zwłaszcza na amerykańskim rynku, pełnią w rzeczywistości rolę pośrednika. Udzielają pożyczek klientom, a następnie sprzedają kontrakty, z których tylko skromna część trafia do drobnych inwestorów.
Przez pewien czas duzi gracze na rynku finansowym przychylnie patrzyli na nową klasę aktywów i chętnie kupowali pakiety drobnych pożyczek. Była to stosunkowo atrakcyjna inwestycja – dająca wysoką stopę zwrotu w czasach niskich stóp procentowych i względnie bezpieczna (gdyż niepowiązana bezpośrednio np. z sytuacją na rynku akcji). Klientami Prosper, Lending Club i innych graczy social lending są fundusze hedgingowe, emerytalne, a także wielkie banki.
W ostatnich miesiącach zainteresowanie pożyczkami społecznościowymi zaczęło więdnąć. Dla platform, które skutecznie przyciągnęły do siebie pożyczkobiorców to spory problem. Brakuje źródeł finansowania. Jak pisze „The New York Times”, Wall Street zaczęła ostrożniej podchodzić do tego typu aktywów, obawiając się wzrostu, na razie niskiego, odsetka niespłacanych zobowiązań. Lending Club, jeden z największych graczy na amerykańskim rynku social lending, zareagował podniesieniem oprocentowania pożyczek oferowanych klientom. Ten ruch nie wystarczył jednak, aby przyciągnąć kapitał.
Lending Club wprowadził w błąd klienta
W kwietniu 2016 r. pracownicy Lending Club odkryli, że ktoś manipulował przy parametrach pożyczek sprzedanych później jednemu z partnerów platformy, bankowi inwestycyjnemu Jefferies. Pakiet o wartości 22 mln dolarów nie spełniał kryteriów inwestora, ale i tak trafił do jego portfela.

Chociaż nieścisłości były prawdopodobnie mało znaczące (w niektórych źródłach wspomina się o manipulacjach datami z wniosków pożyczkowych), to firma potraktowała sprawę poważnie. Lending Club odkupił cały feralny pakiet.
Rada nadzorcza po dochodzeniu zażądała rezygnacji CEO firmy. 9 maja Renaud Laplanche ustąpił ze stanowiska, a atmosferę podgrzały doniesienia, że twórca sukcesu Lending Club miał na koncie także inne grzechy – ukrył swoje powiązania z jedną z firm, w którą platforma miała zainwestować. Kurs akcji Lending Club spadł o jedną trzecią, mimo że spółka pochwaliła się niezłymi wynikami.
Social lending przestał być „social”?
Rynki pożyczek społecznościowych dzięki swojej przejrzystości miały stanowić nie tylko finansową, ale także etyczną alternatywę wobec sektora bankowego. W ciągu 10 lat przeszły jednak szybką ewolucję i dziś niektórzy z potentatów w swoim modelu działania nie przypominają zbytnio pierwotnych ideałów. W I kwartale tego roku 56 proc. pożyczek Lending Club sfinansowały banki i inni inwestorzy instytucjonalni. Wraz z szybkim wzrostem pojawiły się patologie. To zły znak i ostrzeżenie dla całego sektora tzw. „alternatywnych finansów”.





























































