Inwestorzy spekulują, że do końca półrocza Rezerwa Federalna dokona podwyżki stóp procentowych. Tymczasem dwie poprzednie podwyżki zamiast zdołować ceny złota zbiegły się z czasem rozpoczęcia… okresów drożejącego złota.


Jak zauważył Eddie Van Der Walt z Bloomberga, praktyka rzadko kiedy zgadza się z teorią. Zwłaszcza na rynkach finansowych. Zgodnie z obowiązującą teorią rosnące stopy procentowe w USA powinny prowadzić do spadku cen złota. Po pierwsze, bo umacniają dolara, co wywiera presję na spadek cen złota w USD. Po drugie, bo podwyżki stóp w Fedzie skutkują wyższymi rentownościami amerykańskich obligacji – czyli głównej alternatywy dla złota jako bezpiecznej inwestycji.
To właśnie perspektywą zerwania z reżymem zerowych stóp procentowych (ZIRP) jesienią 2015 roku tłumaczono spadek dolarowych cen złota w rejon 1040 USD/oz., czyli do najniższych poziomów od 5 lat. Tymczasem tuż po tej podwyżce ceny złota dziarsko ruszyły w górę, w pół roku rosnąc o 30%. Inna sprawa, że był to okres, gdy Fed wycofywał się z obiecanych trzech podwyżek, kończąc rok 2016 z raptem jedną, grudniową podwyżką o 25 pb.
Dokładnie rok po pierwszej podwyżce, 14 grudnia 2016 r., Rezerwa Federalna ponownie podniosła przedział stopy funduszy federalnych i znów zapowiedziała trzy podwyżki stóp na następny (czyli obecny) rok. Była to tzw. jastrzębia podwyżka, ponieważ ekonomiści zakładali tylko dwie podwyżki w 2017. I co po takim ruchu zrobiło złoto? Tak, znów ruszyło „na północ”, lokalny dołek (1122 USD/oz) wyznaczając dokładnie dzień po grudniowym posiedzeniu FOMC.
Od tego czasu dolarowe notowania złota wzrosły o prawie 10%, czyli przeszło sto dolarów na uncji. I znów na przekór wszystkim rynkowym mędrcom, według których wzrost stóp procentowych miał zniechęcić ludzi do kruszców. W końcu po co komu ten „barbarzyński relikt”, skoro bankowa lokata w USA czasami płaci nawet cały 1% (uwaga ironia!), pięcioletnie obligacje skarbowe niemal 2%, a papiery 10-letnie już blisko 2,5%. Wszystko przy oficjalnie raportowanej inflacji CPI w wysokości 2,5%.

Historycznie rzecz biorąc nie jest żadną anomalią, że ceny złota rosną w trakcie cyklu podnoszenia stóp procentowych przez Rezerwę Federalną. W ciągu ostatnich 30 lat z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w trzech przypadkach na cztery. Być może wiąże się to z inną statystyczną zależnością. Złoto zwykło drożeć w warunkach reflacji – czyli okresu przyspieszającej inflacji. A właśnie z taką sytuacją w USA mamy do czynienia od trzeciego kwartału 2015 roku.
Po drugie, popyt na złoto zwykle ma się dobrze w otoczeniu realnie ujemnych stóp procentowych – co także charakteryzuje obecne warunki monetarne. Co więcej, na skutek wzrostu inflacji CPI realne stopy procentowe w Ameryce spadają – Fed po prostu nie nadąża z podnoszeniem stóp nominalnych. Zresztą trudno, żeby nadążał, skoro podnosi je raz do roku i to o kosmetyczne ćwierć punktu procentowego. Efekt jest taki, że gdy jeszcze w październiku 2015 roku realna stopa procentowa w USA wynosiła około zera, to obecnie wynosi ok. -1,8%.
Rynek terminowy wycenia prawdopodobieństwo podwyżki stopy funduszy federalnych w marcu na niespełna 18%. Ale szanse na podwyżkę w maju wynoszą już 44%, a w czerwcu rosną do 70% - wynika z obliczeń FedWatch Tool. Jeśli zatem historia miałaby się powtórzyć, to kolejnego lokalnego dołka cen złota powinniśmy wypatrywać w okolicach 15 czerwca, czyli dzień po zakończeniu posiedzenia FOMC. Rzecz jasna dołek ten powinien wypaść wyżej niż dwa poprzednie (1046 USD i 1131 USD), jeśli ta fedoreguła miałaby wspierać budującą się hossę.































































