Już od około miesiąca przez białoruskie miasta przelewa się fala protestów sprzeciwiających się kontrowersyjnemu podatkowi od bezrobocia. Choć władze słuchają postulatów demonstrantów, obywatele naszego wschodniego sąsiada są coraz bardziej niespokojni.
W miesiącach przypadających na przełom lat 2016 i 2017 około 470 tys. obywateli Białorusi, z niemal 5,5 mln w wieku produkcyjnym, otrzymało wezwania do zapłaty równowartości około 230 dolarów. Zgodnie z prezydenckim dekretem numer 3 na każdego, kto w ciągu roku, poczynając od 1 stycznia 2015 r., nie przepracował przynajmniej 183 dni został nałożony specjalny podatek nazwany podatkiem od bumelanctwa lub też pasożytnictwa.
Celem podatku było stworzenie bodźców zachęcających do podjęcia legalnego zatrudnienia, co miało wspomóc znajdującą się już od około 2 lat w recesji gospodarkę. Wydaje się jednak, że dekret zamierzonego skutku nie odniósł, a miejsca pracy zamiast się pojawiać - znikają. Tysiące pracowników zostało wysłanych na przymusowe, bezpłatne urlopy, a wielu po prostu zwolniono. Według oficjalnych statystyk bezrobocie, które do niedawna rzekomo nie istniało, osiągnęło pod koniec ubiegłego roku, według oficjalnych danych, poziom 5,8 proc.
Skutek inny od zamierzonego
Najbardziej widoczny efekt, jaki do tej pory spowodował nowy podatek, to niezadowolenie społeczne. Termin płatności upływał 20 lutego 2017 r., jednak dostosowało się do niego jedynie 10 proc. osób, które dostały wezwania. Co prawda wiele osób zostało z opłaty zwolnionych, ponieważ na przykład pracują lub studiują za granicą, w tym w Polsce albo od momentu naliczania opłaty zdążyło po prostu umrzeć, jednak większość ludzi ją zbojkotowała.
Wiele z tych osób zaczęło publicznie wyrażać swoje niezadowolenie. Fala została zapoczątkowana przez Marsz Oburzonych, który odbył się 17 lutego w Mińsku pod hasłem "nie jesteśmy darmozjadami". Podobne demonstracje wkrótce zaczęły być organizowane w innych miastach kraju. Wprawdzie brali w nich udział opozycjoniści, ale aranżowane były one przez zwykłych obywateli za pośrednictwem sieci społecznościowych.

W wydarzeniach brało udział zazwyczaj kilkaset osób, ale protesty w stolicy przyciągały nawet 2 tys. demonstrantów. Co prawda jak na dwumilionowy Mińsk nie wydaje się to liczba porażająca, jednak były to największe masowe protesty na Białorusi przynajmniej od 6 lat. Władza nauczyła obywateli, że każda manifestacja podważająca jej decyzję spotka się z represjami, więc publiczne wystąpienie wiązało się z dużą odwagą uczestników.
Działania słuszne, ale zbyt późne
Służby porządkowe początkowo tolerowały wystąpienia. Zdarzały się co prawda jednostkowe przypadki przesłuchań, albo grzywien, ale o rozpędzaniu demonstracji nie było mowy. Sytuacja zmieniła się 9 marca 2017 r. Tego dnia prezydent kraju Aleksander Łukaszenka częściowo ugiął się pod presją żądań demonstrantów i zawiesił pobór kontrowersyjnej daniny. To jednak nie uspokoiło protestujących.
W nadchodzących dniach nadal odbywały się manifestacje sprzeciwiające się podatkowi od bumelanctwa, na których pojawiały się także hasła antyprezydenckie oraz postulaty wolnych wyborów. Tym razem jednak służby porządkowe nie były już bierne. Do 14 marca aresztowano lub ukarano grzywną ponad sto osób, głównie opozycyjnych działaczy, dziennikarzy i blogerów.
Największe demonstracje planowane są na 25 marca, kiedy opozycja obchodzi nieuznawany przez władze Dzień Niepodległości, upamiętniający powstanie niepodległego państwa białoruskiego w 1918 r. Władze będą robić wszystko, by do masowych manifestacji tego dnia nie doszło. Już teraz kilku opozycyjnych działaczy zatrzymanych w ostatnich dniach otrzymało karę 15-dniowego aresztu, co ma uniemożliwić im wzięcie udziału w wydarzeniach. Eskalacja niepokojów może stanowić potencjalne niebezpieczeństwo dla władz kraju, a państwowe stacje telewizyjne straszą nawet powtórką z kijowskiego Majdanu.



























































