Podsłuchy zakładane są coraz częściej, tylko do prokuratury warszawskiej składanych jest blisko 1000 wniosków, ale ile zyskuje aprobatę sądów i jest realizowanych to już tajemnica. Czasami ma miejsce sytuacja, że jedna osoba jest podsłuchiwana niezależnie przez kilka służb jednocześnie.
Policjanci wykorzystują możliwość prawną, która pozwala na prowadzenie podsłuchu przez pięć dni bez zgody sądu, jeśli jednak później jej nie otrzymają to materiały operacyjne powinny ulec komisyjnemu zniszczeniu. Jak wynika z raportów Komendy Głównej Policji tylko od 27 listopada do 10 grudnia ubiegłego roku dokonali zniszczenia 198 nagrań i stenogramów rozmów. Nie wiadomo kto był jednak podsłuchiwany, czy tylko przestępcy, czy może prewencyjnie np. politycy.
Obrona przed podsłuchem jest trudna, co prawda za 700 zł możemy np. sprawdzić czy nie ma w pomieszczeniu urządzeń podsłuchowych, ale to należy traktować raczej jako obronę przed konkurencją, gdyż prze technikami operacyjnymi policji obrona jest dużo trudniejsza. O kontrolowaniu i podsłuchiwaniu rozmów stało się szczególnie głośno przy okazji „afery starachowickiej”, od tego czasu podsłuch stał się mimowolnie narzędziem walki politycznej. O jego sile świadczy fakt, że większość rozmów telefonicznych polityków (jak twierdzą wtajemniczeni) rozpoczyna się dziś od słów „to nie jest rozmowa na telefon”.
BP.
Na podstawie: „Życie Warszawy”






























































