Ukraiński producent cukru niebawem zadebiutuje na warszawskiej GPW. Spółka przeciera firmom ze Wschodu szlak na warszawskiej giełdzie. Polscy inwestorzy jednak z dużą ostrożnością traktują ofertę Astarty-Kijów.
Astarta ustaliła cenę emisyjną na dolnym poziomie widełek, czyli 19 zł za akcję. Oznacza to, że uzyska 80 mln zł, a chciała nawet 100 mln zł więcej. Dotychczasowi akcjonariusze zrezygnowali ze sprzedaży swoich walorów. Oferta ukraińskiej spółki nie spotkała się z entuzjazmem. Wiele polskich firm docenia potencjał Ukrainy, inwestując tam w produkcję. Jednak inwestorzy obawiają się sytuacji politycznej w tym kraju.
Podyktowana cena wynika zatem z niewielkiej znajomości giełdowego kandydata, braku prognoz na koniec tego roku, inwestycji poza granicami Unii Europejskiej oraz ambitnej strategii rozwoju, w dużym stopniu opierającej się na akwizycjach. W dodatku, inwestorzy nie kupowali bezpośrednio firmy z Ukrainy, ale akcje spółki holenderskiej, która jest właścicielem firmy cypryjskiej, kontrolującej firmę prowadzącą biznes na rynku ukraińskim.
Rejestracja firmy w Holandii ułatwiła procedurę dopuszczenia do oferty na GPW. Jednak taka struktura własnościowa nie daje inwestorom pełnej przejrzystości. Inwestorzy nie będą mieli też dużo do powiedzenia w spółce, gdyż free float wynosi 28 proc. Mimo tego władze Astraty zapowiadają, że są gotowe udostępnić przedstawicielom instytucji finansowych miejsce w radzie dyrektorów.
Władze Astarty nie ukrywały, że tworzą firmę na bazie dawnych kołchozów. Środki uzyskane od inwestorów spółka zamierza wykorzystać głównie na inwestycje w modernizację i rozbudowę majątku produkcyjnego oraz przejęcia. Wcześniej Astrata przejęła kilka cukrowni.
Jeśli spółce uda się wykorzystać debiut na GPW i wygra z konkurencją w kwestii dostępu do atrakcyjnego źródła finansowania, za kilka lat może być atrakcyjna dla zagranicznego inwestora.
E.B.
Na podstawie: „Puls Biznesu”
Sebastian Gawłowski, „Astarta płaci frycowe”






























































