Miały oferować bezpieczeństwo, prestiż i bliskie relacje społeczne. Pozostały wyodrębnionymi rewirami miast, gdzie proces grodzenia rozumie się tak dosłownie, że odnosi się go również do najbliższego sąsiada. Pomysł na zgrane, mieszkaniowe komuny jak dotąd nie przyjął się na polskich zamkniętych osiedlach. Ze strony deweloperów w tej sprawie nie padło jeszcze ostatnie słowo.
– W naszym budynku, posiadającym 19 pięter, jest ponad 1000 mieszkań. To stanowi połowę kompleksu z dużym placem po środku, razem lokali będzie tu około dwa tysiące. Dla wygody mieszkańców dostępne są dwa 25-metrowe baseny, sauny, jacuzzi, siłownie, minikina (do ok. 40 osób), pomieszczenia do gry w bilard i tenis stołowy, place zabaw, pomieszczenia do karaoke, sale bankietowe, biblioteki, tarasy ze krzesłami i stolikami, automaty z napojami oraz liczne miejsca z bezpłatnym bezprzewodowym internetem w częściach wspólnych budynku, gdzie można usiąść na wygodnych kanapach, poczytać i zrelaksować się – opowiadał w rozmowie z Bankier.pl Paweł Forlicz, Polak mieszkający na Tajwanie.
Taka kumulacja wspólnych przestrzeni w ramach jednej tylko inwestycji, choć zakrawa na ekstremum, oddaje ducha budownictwa mieszkaniowego, jakie rozwija się w innych krajach, a wciąż nie dotarło do Polski. Tam, gdzie grodzone inwestycje przestały już wzbudzać kontrowersje, dziś pracują na nowe oblicze. Mają być enklawami, gdzie razem nie tylko się mieszka, ale też wychowuje dzieci i spędza wolny czas.
W Polsce osiedla zamknięte są wciąż bardzo popularne. Jednak w wielu europejskich krajach odchodzi się od takich rozwiązań - ocenia Marcin Jańczuk, Dyrektor ds. PR Metrohouse & Partnerzy S.A.
Sąsiedzkie relacje w zachodnim wydaniu
Na hasło przyszłego kształtu polskiego budownictwa deweloperskiego Ewa Kuryłowicz, architekt z warszawskiej pracowni APA Kuryłowicz & Associates, przywołuje popularne w Hiszpanii mieszkania ze wspólnymi pralniami czy świetlicami. Prócz basenu czy kortu tenisowego standardem coraz częściej stają się dedykowane mieszkańcom SPA kluby fitness, salony fryzjerskie albo biblioteki. Co odważniejsze firmy na terenie rozległych inwestycji proponują żłobki i przedszkola, sklepy, gabinety medyczne. Rzecz jasna z metką Tylko dla mieszkańców.

Ten typ budownictwa dobrze znają też za oceanem. – Jeśli budujemy, to tylko apartamentowce, a te oczywiście muszą spełniać warunki gated communities. To przecież amerykański standard życia: portier, czyli ochrona na zewnątrz, wejście tylko za okazaniem kodu, wewnętrzne ogrody na dachach z basenami, parkingi samochodowe w budynku, obowiązkowo barbecue albo kominek w pobliżu community room, sala kinowa i siłownia. Wszystko to tylko dla mieszkańców, mamy więc takie małe zamknięte osiedle – mówi mieszkająca w San Francisco architekt krajobrazu, Aleksandra Idziak-Brown i dodaje, że w Stanach Zjednoczonych to właściwie standard.
Osiedla ekskluzywne, oferta popularna
Ewa Kuryłowicz przyznaje, że kultura wspólnego dzielenia czasu nie dotarła jeszcze na polskie zamknięte osiedla. Jak podkreśla: – Zapewne z uwagi na złe konotacje z okresu komunistycznego w Polsce i Związku Radzieckim. Coś musi być na rzeczy, bo pojęcie wspólnoty na większości polskich zamkniętych osiedli zatrzymało się na poziomie teorii. Wspólnie się tu tylko mieszka, funkcjonuje nadal osobno. Najważniejszy atut pomieszkiwania za płotem to wciąż ten techniczny, o twarzy stróża u wjazdu na prywatny teren.
Tymczasem bezpieczeństwo nie miało być jedynym symbolem zamkniętych osiedli. Dowodzą tego towarzyszące im wspólne przestrzenie do wyłącznego użytku mieszkańców. W przeciętnej grodzonej inwestycji wspólna jest co najwyżej wózkownia albo plac zabaw. Wciąż rzadko które obiekty przypominają miasta w mieście z pełną infrastrukturą i ograniczonym dostępem dla obcych. Nie znaczy to, że nie ma ich wcale.
„Zadbaliśmy o każdy szczegół: bezpieczne dzieciństwo, zdrowie i rekreację, wygodne zakupy. W trosce o najmłodszych mieszkańców na terenie osiedla powstanie przedszkole” – zachęca do kupna domu pod Katowicami jeden ze śląskich deweloperów. „Zespół rekreacyjny z basenem, sauną i fitness clubem, sala klubowa” to propozycja jednego ze stołecznych apartamentowców. Jeszcze szerszą ofertę dedykowano wrocławianom: „Na czterech fazach inwestycji znajduje się łącznie 1200 lokali. Zamieszkują je głównie młode rodziny, które chętnie nawiązują relacje towarzyskie. Dla nich zostały stworzone miejsca spotkań sąsiedzkich: przestronne dziedzińce i place zabaw, przestrzeń do grillowania, kawiarnia, świetlice. Amatorzy ruchu w wolnym czasie mogą wybrać salę fitness lub wielofunkcyjne boisko”.
Slogan sloganem, mentalność mentalnością
Zbudować zamknięte, prawie samowystarczalne osiedle to jedno, sprawić, że będzie żyło – to drugie. Mieszkających przez ścianę nie da się przecież zmusić do wspólnej dobrej zabawy. Zresztą, nie leży to w nadwiślańskiej naturze. W przeprowadzonym zeszłorocznej jesieni na zlecenie ING Banku Śląskiego badaniu niedogodności mieszkaniowych drugą, po złych warunkach lokalowych, najczęstszą dolegliwością Polaków okazały się trudności we współżyciu z sąsiadami (17 proc. wskazań). Znikąd nie wzięła się też popularność kinowych przygód zwaśnionych sąsiadów.
Zjawisko ponadnarodowe - rzec można. Sprawdź sąsiada, nim kupisz dom, niesie nigeryjskie przysłowie. Lepszy własny sąsiad niż siostra w stolicy, mówią jednak w Japonii. Nie ma takiej sentencji, której nie dałoby się nagiąć do polskich warunków i nie ma dewelopera, który nie podejmie próby sprzedania idei wspólnego sąsiedztwa jako podwyższonego standardu całkiem przeciętnej mieszkaniowej oferty.
Malwina Wrotniak, Bankier.pl





























































