Czwartkowy poranek przyniósł pogorszenie notowań polskiej waluty. Cena euro osiągnęła najwyższy poziom od stycznia 2017 roku, a za dolara musimy płacić najwięcej od roku.


Początek czwartkowego handlu wyniósł notowania pary euro-złoty powyżej 4,36 zł. Tak drogiego euro nie widzieliśmy od 18 miesięcy. Jest już zatem drożej niż pod koniec maja, gdy wydawało się, że dużo gorzej być już nie może.
Analogiczną sytuację obserwujemy na parze dolar-złoty. Za amerykańską walutę na rynku międzybankowym trzeba było zapłacić już ponad 3,77 zł, a w porywach kurs USD/PLN przekraczał 3,78 zł. To najwyższe notowania „zielonego” od roku.
Jedynym pocieszeniem pozostaje fakt, że kurs franka szwajcarskiego jeszcze nie przekroczył majowych szczytów. Rano helwecka waluta kosztowała ponad 3,78 zł, a więc wciąż o dwa grosze mniej niż 31 maja.
Polska waluta od połowy kwietnia poddawana jest presji wywieranej na praktycznie wszystkie rynki wschodzące, którym szkodzą podwyżki stóp procentowych w Rezerwie Federalnej. Bank centralny Stanów Zjednoczonych podnosząc stopy procentowe zwiększa atrakcyjność krajowego długu i nijako „zaciąga” amerykański kapitał z powrotem do kraju. Tracą na tym kraje rozwijające się.

Po drugie, Polsce i złotemu nie pomaga groźba wybuchu globalnej wojny handlowej. Kwestie nałożenia zaporowych ceł np. na niemieckie samochody importowane do USA to pośrednie uderzenie w polski sektor motoryzacyjny stanowiący ogniwo w globalnym łańcuchu dostaw światowych producentów.
KK






























































