Czy doradców finansowych mogą zastąpić automaty? Odpowiednio skonstruowane algorytmy mogą pomóc w inwestowaniu tym, którzy sami nie chcą podejmować trudnych decyzji. Wielu klientów gotowych jest zrezygnować z kontaktu z człowiekiem w zamian za niższe opłaty i dostęp do usług do tej pory zarezerwowanych tylko dla zamożniejszych.


Samodzielne inwestowanie pociąga tylko nielicznych pasjonatów giełdy. Pozostali oszczędzający albo w ogóle rezygnują z kontaktu z rynkiem kapitałowym i kierują się w stronę bezpiecznych form oszczędzania albo korzystają z mniejszym lub większym powodzeniem z gotowych produktów finansowych (funduszy, polis inwestycyjnych itp.) agresywnie sprzedawanych przez banki i różnego rodzaju pośredników.
Nielicznych stać na zaangażowanie wyspecjalizowanego doradcy, który zaopiekuje się ich portfelem. Firmy z branży wealth management nie są zainteresowane klientami, którzy nie zgromadzili pokaźnego kapitału. Na szczególne traktowanie, oczywiście w zamian za nierzadko całkiem sporą opłatę, mogą liczyć tylko zamożniejsi.
Prawdziwe doradztwo finansowe, nie ograniczające się tylko do sprzedaży akurat promowanych produktów, nie musi być jednak usługą dla elity. Po mniej zamożnego klienta z powodzeniem sięgają tzw. robo-doradcy, czyli działające w sieci firmy, które korzystając z algorytmów konstruują portfele inwestycyjne dla swoich klientów i opiekują się nimi okresowo korygując kompozycję aktywów. Rynek taki kwitnie już od kilku lat w Stanach Zjednoczonych, gdzie w ślady startupów takich jak Personal Capital, Betterment czy Wealthfront, poszli także giganci Charles Schwab i Fidelity Investments.
Cele, sytuacja, ryzyko
Schemat działania serwisów robo-doradców przypomina pod wieloma względami współpracę z „prawdziwym” doradcą finansowym. W pierwszej kolejności klient odpowiada na szereg pytań dotyczących jego sytuacji finansowej, posiadanych produktów, planowanych celów.

W następnej kolejności szacuje się poziom awersji do ryzyka. Służą temu zazwyczaj kwestionariusze , w których klient wskazuje jak zareagowałby na określone sytuacje, np. utratę części kapitału. Niektórzy robo-doradcy przyznają, że na późniejszych etapach budowania portfela biorą pod uwagę skłonność ludzi do zawyżania swojego apetytu na ryzyko i korygują uzyskane odpowiedzi.
Proces „zapoznania się” z klientem wieńczy przedstawienie propozycji składu portfela oraz prezentacja symulacji. Klient może zdecydować się na powierzenie zarządzania swoim kapitałem doradcy – wówczas to on dokona w jego imieniu zakupu odpowiednich aktywów. Środki trafiają do współpracującej z doradcą regulowanej instytucji-powiernika – domu maklerskiego.
Wielu robo-doradców umożliwia także uruchomienie automatycznego zasilania rachunku z konta bankowego. W ten sposób możliwe jest zautomatyzowanie regularnego oszczędzania. Przez cały okres współpracy klient ma na bieżąco dostęp do systemu transakcyjnego, gdzie może śledzić swój portfel, a także korzystać z różnych narzędzi do prognozowania i analiz.
Jak konstruowany jest portfel?
Większość robo-doradców chwali się własnymi metodami konstruowania portfela inwestycyjnego, zazwyczaj powołując się na dorobek teorii finansów, a zwłaszcza nowoczesnej teorii portfela (MPT). Tym, co odróżnia poszczególnych konkurentów jest przede wszystkim gama dostępnych klas aktywów oraz mechanizmy przeważania portfela mające chronić przed spadkami na rynkach. Biorąc pod uwagę fakt, że klientami są zazwyczaj osoby o stosunkowo niewielkich rezerwach finansowych, dobrze działający system „wychodzenia” z rynku w razie gwałtownych zawirowań (i lokowania środków w bezpiecznych aktywach) jest jednym z najważniejszych wyróżników wśród licznej konkurencji.
Trzon portfela zwykle stanowią obligacje skarbowe i korporacyjne oraz instrumenty oparte na indeksach amerykańskich rynków akcji (głównie ETF-y). Dodatkiem są zazwyczaj instrumenty z rynku towarowego i nieruchomości oraz akcje z zagranicznych rynków. Są również doradcy, którzy najbardziej agresywnym inwestorom proponują przeznaczenie części kapitału na inwestycje alternatywne – w tym bitcoina (jak serwis Hedgeable).
Wiosną 2015 r. „The Wall Street Journal” porównał propozycje kilku robo-doradców dla wybranych profili inwestorów. Wnioski były dość zaskakujące – mimo takich samych warunków wyjściowych poszczególne algorytmy proponowały istotnie różniące się od siebie portfele. W niektórych przypadkach serwowane składniki na pierwszy rzut oka były mocno ryzykowne. Dotyczyło to chociażby ekspozycji na akcje z rynków wschodzących, gdzie inwestor bierze na siebie dodatkowo ryzyko kursowe. Zastanawiające anomalie mogą być sygnałem, że algorytmy stosowane przez niektórych doradców obciążone są wadami lub, co bardziej prawdopodobne, próbują wykorzystywać krótkoterminowe rynkowe tendencje do podrasowania wyniku.
Główna zaleta – niskie opłaty
Usługi proponowane przez robo-doradców mają jednak, przy wszystkich ograniczeniach, niepodważalne zalety. Dzięki niskim opłatom mogą one dotrzeć do osób, które są poza kręgiem zainteresowania tradycyjnych doradców. Można powiedzieć, jak głosi hasło reklamowe jednego z robo-advisors, „automatyzacja to demokratyzacja”.
Niektóre z firm nie pobierają żadnych opłat od inwestorów, chociaż promocji towarzyszą z reguły haczyki (np. konieczność utrzymania części środków w gotówce). Większość obciąża klientów opłatami naliczanymi od sumy aktywów w zarządzaniu. Stawki są znacznie niższe niż u tradycyjnych wealth managers – od 0,25 proc.
Chociaż robo-doradztwo ma w Stanach Zjednoczonych już kilkuletnią historię, to do tej pory ten model nie doczekał się polskiej kopii. Mógłby się jednak sprawdzić, chociażby w ramach III filaru emerytalnego. Inwestycyjne IKE nierzadko dają swoim użytkownikom możliwość wyboru różnych „strategii”, ale nie personalizują procesu podejmowania decyzji o podziale gromadzonych rezerw. Odpowiednio przygotowany produkt zapewne trafiłby w potrzeby najmłodszych przyszłych emerytów, przyzwyczajonych do życia w wirtualnym świecie, a jednocześnie często nie posiadających podstawowej wiedzy o inwestowaniu.






























































