Według najpopularniejszej obecnie teorii ekonomicznej to konsumpcja odpowiada za wzrost gospodarczy i to od postawy konsumentów zależy tempo rozwoju kraju. W rozwiniętych gospodarkach to właśnie wydatki ludności są główną częścią składową produktu krajowego brutto – czyli wskaźnika postrzeganego za główny miernik wzrostu gospodarczego.
Źródło: dane Głównego Urzędu Statystycznego. Opracowanie: Bankier.plTymczasem w Polsce konsumpcyjny boom załamał się wraz z upadkiem banku Lehman Brothers. Od września 2008 roku roczna dynamika sprzedaży detalicznej ani razu nie osiągnęła dwucyfrowej wartości. Niski wzrost konsumpcji w połączeniu z regresem po stronie inwestycji sprawiają, że polski PKB przez ostatnie siedem kwartałów rósł wolniej od potencjału gospodarki, szacowanego przez ekonomistów na ok. 4,5% rocznego wzrostu.
Jednakże najnowsze dane dały nową nadzieję, bowiem dynamika sprzedaży detalicznej w tradycyjnie „niehandlowym” październiku przyspieszyła do 9% w ujęciu rocznym oraz była o 3,1% wyższa niż we wrześniu. Według statystyk Polacy przypuścili istny szturm na salony motoryzacyjne, co jednak można uznać za wpływ „stymulacji fiskalnej” ministra Rostowskiego. Bowiem od przyszłego roku przedsiębiorcy nie będą mogli odliczyć podatku VAT od kupionych samochodów, co sztucznie podbiło sprzedaż nowych aut w ostatnich miesiącach 2010 roku.
Polacy są urodzonymi pesymistami
Niestety szerszy obraz sytuacji nie skłania do zbyt optymistycznych wniosków. Gdyby obroty handlowców urealnić poprzez odjęcie wpływu rosnących cen (czyli procesu inflacji), to dynamika sprzedaży detalicznej nie byłaby już tak imponująca. Po wyeliminowaniu czynników sezonowych (powódź, katastrofa smoleńska) uśredniona zmiana konsumpcji towarów nie prezentowałaby się zbyt dobrze. Choć od ponad roku możemy mówić o trendzie wznoszącym, to do poziomów z lat 2007-08 brakuje jeszcze bardzo wiele.
Źródło: dane Głównego Urzędu Statystycznego. Opracowanie: Bankier.plPowyższy wykres pokazuje, że odbudowa popytu konsumpcyjnego jest zjawiskiem bardzo powolnym. Niepokoić może też znaczące pogorszenie bieżącego wskaźnika ufności konsumenckiej (BWUK). We wrześniu indeks ten przyjął wartość –20,3 punktów wobec –16 pkt. w sierpniu i –11,5 pkt. w lipcu. Ujemne wartości BWUK oznaczają, że wśród konsumentów więcej jest pesymistów niż optymistów. O ile negatywne nastroje są niejako standardem w polskim społeczeństwie (BWUK jeszcze nigdy nie przybrał wartości dodatniej!), to tak wyraźne pogorszenie sentymentu nie rokuje niczego dobrego.
Skąd się biorą złe nastroje
Taka postawa konsumentów zaskakuje ekonomistów, z których większość spodziewa się dalszego przyspieszenia dynamiki wzrostu gospodarczego w Polsce. Warszawska giełda bije nowe rekordy pokryzysowej hossy, złoty pozostaje stosunkowo mocny, a tempo wzrostu produkcji przemysłowej bez uwzględnienia zdarzeń sezonowych przekracza 10%.
Przyczyną złego samopoczucia Polaków może być jednak sytuacja na rynku pracy. Wzrost realnych wynagrodzeń w sferze przedsiębiorstwo pozostaje bliski zeru. Pracownicy administracji publicznej już wiedzą, że w związku z katastrofalna sytuacją finansów państwa w przyszłym roku nie mają co liczyć na podwyżki. We wrześniu odnotowano także nieoczekiwany wzrost bezrobocia. W rejestrach urzędów pracy przybyło 12,4 tysiąca osób, a stopa bezrobocia liczona według standardów europejskich (BAEL) wzrosła z 9,5% do 9,6%.
Jednakże decydującym czynnikiem może być w tym przypadku przyspieszająca inflacja. Sierpień był najprawdopodobniej ostatnim miesiące dezinflacyjnego trendu – czyli okresu, w którym wzrost cen był coraz mniejszy. Wraz z końcem lata rozpoczął się czas wzrostu inflacji, co oznacza wzrost kosztów życia: te same towary i usługi z miesiąca na miesiąc będą kosztowały coraz więcej. Prawdopodobieństwo realizacji inflacyjnego scenariusza zwiększają dwa fundamentalne czynniki: wzrost oczekiwań inflacyjnych ludności i coraz szybciej rosnąca podaż pieniądza. Przykładowo: w sierpniu aż 36,5% ankietowanych odpowiadało, że ceny będą rosły szybciej niż dotychczas, a blisko połowa respondentów twierdziła, że towary będą drożeć w dotychczasowym tempie.
Ceny rosną, ponieważ banki odkręciły kurek z łatwą gotówką i znów zaczęły reklamować kredyty hipoteczne i pożyczki gotówkowe. W sierpniu podaż pieniądza rosła w tempie 9,4% rocznie wobec 5,1% w lutym. Od początku roku w polskiej gospodarce przybyło 32,6 miliarda złotych. Ponieważ pieniądza przybywa szybciej niż realnych dóbr i usług, to ceny rosną. W ten sposób inflacja zjada większość nominalnego wzrostu wynagrodzeń w Polsce, co przekłada się na nie najlepsze nastroje konsumentów.
Źródło: Bankier.plW syntetyczny sposób tę sytuację obrazuje Indeks Nędzy sporządzany przez portal Bankier.pl. Z powodu rosnącej inflacji (a konkretnie wskaźnika CPI mierzącego wzrost cen detalicznych) IN rósł przez dwa ostatnie miesiące, odzwierciedlając niekorzystne zjawiska zachodzące w polskiej gospodarce i negatywnie wpływające na postrzeganie koniunktury gospodarczej przez Polaków.
Niestety najbliższe miesiące raczej nie przyniosą poprawy. Okres zimowy charakteryzuje się sezonowym wzrostem bezrobocia, zaś inflacja zapewne wzrośnie po Nowym Roku, gdy wejdzie w życie pierwsza podwyżka podatku VAT oraz akcyzy. W pewnym sensie obecna sytuacja Polski nieco przypomina warunki panujące w Stanach Zjednoczonych, gdzie statystycznemu wzrostowi gospodarczemu nie towarzyszy poprawa warunków życia (rozumiana jako wzrost siły nabywczej dochodów ludności oraz większa dostępność pracy). Można tylko mieć nadzieję, że wraz z prognozowanym przez ekonomistów przyspieszeniem wzrostu gospodarczego w końcu poprawi się także sytuacja gospodarstw domowych.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl
Zobacz też:
» Gdy nadejdzie Kryzys - co warto mieć, a czego trzeba się pozbyć
» Tylnymi drzwiami do strefy euro
» Poradnik: jak i gdzie sensownie zainwestować w złoto
» Gdy nadejdzie Kryzys - co warto mieć, a czego trzeba się pozbyć
» Tylnymi drzwiami do strefy euro
» Poradnik: jak i gdzie sensownie zainwestować w złoto



























































