Z projektu ustawy okołobudżetowej wynika, że rząd zwiększy o 200 mln zł środki na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu. Oznacza to, że na staże i szkolenia łącznie wydamy 3,4 mld zł. Budżet Funduszu Pracy na 2012 rok to ponad 15 mld zł, a na "walkę z bezrobociem" rząd planuje wydać „tylko” 22% tej sumy.
200 mln zł przekazanych na szkolenia i staże to mały sukces. Wątpliwe, aby było to zasługą nowego ministra. To raczej gest dobrej woli ze strony resortu finansów. Minister pracy, mając więcej pieniędzy na staże i szkolenia, będzie mógł objąć różnymi programami większą liczbę np. bezrobotnych studentów. Ci jako beneficjenci stażów, przez okres ich trwania nie będą wliczać się do statystyki bezrobotnych. Oznacza to, że umiejętnie dysponując środkami na sztuczne etaty, Ministerstwo Pracy będzie mogło na koniec przyszłego roku obniżyć oficjalną stopę bezrobocia ok. 0,04%, co przekłada się na ok. 65 tys. bezrobotnych (licząc z górką po tysiąc zł brutto na każdy etat przez 3 miesiące). Obecnie stopa bezrobocia wynosi 11,8%.
Od ponad roku była minister pracy Jolanta Fedak zabiegała u ministra finansów o zwiększenie nakładów na walkę z bezrobociem. Ten zasłaniał się koniecznością oszczędzania, a pieniądze z Funduszu Pracy w praktyce służyły mu do maskowania deficytu. Większość ekspertów i organizacji pozarządowych wspierających zarówno pracodawców i pracowników zgadzała się, że składka zasilająca budżet Funduszu Pracy to pieniądze należące do pracodawców i w całości powinny być wydawane na wsparcie i finansowanie działań na rzecz walki z bezrobociem.
Kropla w morzu potrzeb
Warto zauważyć, że przychody Funduszu Pracy to ok. 10,6 mld zł. Stan Funduszu na początek 2012 roku wyniesie ponad 5,3 mld zł, a łączne wydatki w przyszłym roku szacowane są na poziomie 9 mld zł. Oznacza to, że na początku 2013 roku stan FP wyniesie ok. 6,9 mld zł. Jest to kwota, którą resort finansów „maskuje” deficyt. Innymi słowy, dodatkowe 200 mln zł przeznaczane na staże i szkolenia to o wiele mniej niż oczekiwano. Biorąc to pod uwagę, „mały sukces” to odważne określenie. Niektórzy lewicowi eksperci twierdzą, że najlepszym rozwiązaniem i sukcesem byłoby to, gdyby to ten resort w całości decydował o kształcie budżetu Funduszu Pracy, a także o tym, czy w danym roku obniżyć składkę lub zwiększyć do ustalonego ustawą górnego limitu. To jednak rodziłoby niebezpieczeństwo, że górny limit byłby wartością stałą.
Z drugiej strony należy pamiętać, że pieniądze przeznaczane na szkolenia i staże nie tworzą miejsc pracy, lecz tylko maskują bezrobocie. Już rok temu eksperci donosili, że finansowanie stażów dla studentów psuje rynek pracy. Pracodawcy decydowali się na tańszych pracowników subsydiowanych przez PUP-y, zamiast zatrudniać na pełen etat w ramach umów o pracę. W tej sytuacji obniżenie nakładów na staże miało swoje uzasadnienie.
Równocześnie nikt nie zastanawiał się nad zniesieniem lub ograniczeniem składki na Fundusz Pracy. Skoro pieniądze zgromadzone w funduszu nie były wykorzystywane na „walkę z bezrobociem”, to można było zastanowić się nad sensownością ich dalszego odprowadzania. Składka na FP zalicza się do kosztów pracy. Większość przedsiębiorców jest zgodna, że to właśnie wysokie koszty zatrudnienia stanowią największą barierę w tworzeniu nowych miejsc pracy. Być może obniżenie lub zrezygnowanie ze składki na FP (2,45%) przyniosłoby lepsze efekty niż dziesiątki programów walki z bezrobociem. Niestety nad tym nikt się nie zastanawiał. Teraz nie ma to już sensu, ponieważ premier zapowiedział podniesienie składki rentowej o 2%.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl
l.piechowiak@bankier.pl
» Kiedy złożyć ZUS ZSWA?
» Wybierz fundusz UE dla swojej firmy
» Kary dla pracodawcy, który nie wypłacił pensji





























































