Włosi znów czynią dysgusty unijnej biurokracji. Tym razem wymyślili coś, co może stać się walutą równoległą wobec euro. I stanowić wytrych otwierający Italii bramę wyjściową ze strefy euro.


Pod koniec maja włoska Izba Deputowanych przyjęła uchwałę zachęcającą rząd do wprowadzenia tzw. minibonów skarbowych, zwanych potocznie mini-BOT-ami (ang. mini-bills of Treasury). Choć tego typu uchwały nawet we włoskim parlamencie nie są traktowane zbyt poważnie i nie mają jakiejkolwiek mocy prawnej, to poparcie tej propozycji wywołało małe zamieszanie na rynkach finansowych. Ferment był na tyle poważny, że od pomysłu oficjalnie odciął się minister gospodarki Giovanni Tria, nazywając go „nielegalnym” i „niepotrzebnym”.
Formalnie pomysł jest dość prosty. Rząd Włoch i jego agendy regularnie spóźniają się w spłacie różnych drobnych należności względem swoich dostawców – głównie małego i średniego biznesu. Stąd co jakiś czas wraca pomysł, aby rząd wyemitował specjalne nieoprocentowane bony skarbowe o niskich nominałach i bez terminu zapadalności, którymi płaciłby swoim kontrahentom. Ale pomysł mini-BOT-ów idzie krok dalej. Po pierwsze, miałyby one mieć formę papierów o nominałach zbieżnych z banknotami euro. Po drugie, można by było nimi opłacać podatki i inne zobowiązania administracyjne.
Co więcej, jako że nie byłyby one formalnie prawnym środkiem płatniczym, nie obowiązywałby w ich przypadku limit transakcji gotówkowych (w Italii wynoszący zaledwie 3 000 euro). Najprawdopodobniej powstałby też rynek wtórny, na którym Włosi mogliby wymieniać mini-BOTy na euro, co w praktyce czyniłoby je środkiem wymiany. Zatem mini-BOT-y stałyby się równoległym pieniądzem, emitowanym nie przez Europejski Bank Centralny, a przez rząd Republiki Włoskiej. Byłby to wyłom w pieniężnym monopolu EBC i w praktyce stawiałby Włochy jedną nogą poza strefą euro.
Włochy pójdą w ślady Grecji?
Rynkowi komentatorzy traktują propozycję mini-BOT-ów jako otwarcie nowego frontu przeciwko Komisji Europejskiej przez włoskiego wicepremiera Mateo Salviniego. Szef współrządzącej Włochami Ligi nie przepada (z wzajemnością) za brukselską biurokracją, która usiłuje narzucić swą władzę na kolejne obszary zarezerwowane dotąd dla rządów narodowych. Będąca już na wylocie Komisja pod wodzą Jean-Claude’a Junckera grozi Italii objęciem procedurą nadmiernego deficytu. Wdrożenie tego mechanizmu oznaczałoby przejęcie przez Brukselę kontroli nad finansami publicznymi Italii.

KE nie bez racji argumentuje, że Włochy nie realizują swoich zobowiązań, tolerując narastanie długu publicznego do bardzo niebezpiecznych poziomów (135% PKB w roku 2020). Problemem jest też deficyt fiskalny, który w tym roku może sięgnąć 2,5% PKB wobec zapisanych w ustawie budżetowej 2,04%. Salvini nie chce jednak słyszeć o redukcji deficytu, bo wcześniej obiecał wyborcom obniżki podatków i nowe wydatki państwowe, mające „rozruszać” pogrążoną w marazmie włoską gospodarkę.
Ze zrozumiałych względów włoski rząd ma przeciwko sobie także Europejski Bank Centralny.
- Mini-BOT-y to albo pieniądze, a w takim razie są one nielegalne, albo są to papiery dłużne i wtedy stopa zadłużenia wzrasta – powiedział prezes EBC Mario Draghi, z pochodzenia Włoch. Teoretycznie Draghi ma rację. Ale nie do końca. Bo tak długo, jak Włosi nie uznają mini-BOT-ów za prawny środek płatniczy (czyli ustawowo nie zapiszą przymusu jego akceptowania), będą one zwykłym papierem wartościowym, którego zakup jest dobrowolny.
Niektórym włoska propozycja kojarzy się z tym, co w 2015 roku usiłował zrobić minister finansów Grecji Janis Warufakis. W razie fiaska rozmów z wierzycielami grecki plan „B” zakładał utworzenie równoległego systemu bankowo-finansowego opierającego się na rządowych kontach podatkowych. Oficjalnie wszyscy się tego wyparli, a po bezwarunkowej kapitulacji Grecji wobec tzw. Trojki Warufakis został usunięty z rządu.
Ale Włochy to nie Grecja – przypomniał niedawno Mateo Salvini. Liderowi Ligi nie chodziło tylko o sam rozmiar włoskiej gospodarki. – Nie rządzę krajem podającym na kolana – buńczucznie deklarował Salvini.
- Nie jesteśmy Grecją. Jesteśmy płatnikiem netto do unijnego budżetu. Mamy nadwyżkę handlową i pierwotną nadwyżkę budżetową. Nie potrzebujemy czegokolwiek od kogokolwiek. Jesteśmy w lepszej kondycji niż Francja – dodał Claudio Borghi, szef parlamentarnej komisji finansów. I faktycznie obecna pozycja negocjacyjna Włoch jest bez porównania mocniejsza niż Greków. Oprócz rozmiarów gospodarki i liczby ludności rząd Włoch jest w stanie samodzielnie obsługiwać dług publiczny, a połowa zadłużenia pozostaje w rękach podmiotów krajowych. Tymczasem 10 lat temu Grecję nie było stać nawet na zapłatę odsetek.
Gdy rządowi brakuje pieniędzy…
Być może jednak motywy stojące za inicjatywą mini-BOT-ów są bardziej prozaiczne. W końcu większość Włochów oraz włoskiej klasy politycznej doskonale rozumie, że euro stoi na straży ich oszczędności i siły nabywczej. Wielu pamięta, że przed wprowadzeniem wspólnej waluty krajem targała wysoka inflacja i regularne dewaluacje liry.
Tymczasem rząd kierowany formalnie przez premiera Giuseppe Contego (a faktycznie przez duet Salvini-Di Maio) desperacko potrzebuje pieniędzy na sfinansowanie wyborczych obietnic: „dochodu obywatelskiego”, obniżki podatków czy wydatków na niedoinwestowaną infrastrukturę. A gospodarka leży. Od początku 2018 roku realna dynamika PKB Italii w zasadzie wynosi zero. Stopa bezrobocia utrzymuje się powyżej 10% i ani myśli spadać.
Rządząca Włochami koalicja desperacko potrzebuje pieniędzy. Nie może podnieść podatków. Nie może też liczyć ani na wzrost gospodarczy (którego nie ma), ani na inflację, której nie może wykreować pozostając w strefie euro. Jedyne, co pozostaje, to wpuszczenie w obieg własnego pieniądza, bez oglądania się na EBC i Brukselę.
To jednak opcja bardzo ryzykowna, grożąca retorsjami ze strony unijnych instytucji. W skrajnym przypadku EBC mógłby nawet wyrzucić Italię ze strefy euro, odmawiając skupowania włoskich obligacji lub odcinając kroplówkę finansową dla włoskich banków. Wtedy Rzym nie miałby większego wyboru i prawdopodobnie musiałby opuścić euroland, wracając do waluty narodowej. Wtedy mini-BOT-y mogłyby posłużyć za pieniądz przejściowy.
Ale nawet bez reperkusji ze strony organów UE plany Włochów są bardzo ryzykowne dla nich samych. Znając bezgraniczną chciwość i nieodpowiedzialność klasy politycznej (włoskiej w szczególności) rząd nie miałby żadnych hamulców w kreacji nowego quasi-pieniądza. Ryzyko wejścia na hiperinflacyjną ścieżkę byłoby bardzo wysokie, a trzecia gospodarka Europy mogłaby się w ciągu kilku lat przeistoczyć w drugą Wenezuelę.
Żadne BOT-y nie rozwiążą problemów Italii
Póki co prawdopodobieństwo wprowadzenie we Włoszech waluty równoległej zdaje się dość niskie. Ale to się może zmienić, jeśli recesja gospodarcza będzie się przedłużać, a presja polityczna narastać. Niemniej jednak warto mieć świadomość, że źródłem gospodarczej stagnacji Italii nie jest euro i że nowa waluta nie rozwiąże strukturalnych problemów włoskiej gospodarki.
Włoska gospodarka stoi w miejscu od 20 lat. I przyczyny tego stanu rzeczy są wewnętrzne, a nie zewnętrzne. Kraj cierpi na przerost wydatków socjalnych skutkujących gigantycznym długiem publicznym. Doskwiera mu skrajne przeregulowanie gospodarki, patologiczne przepisy na rynku pracy, chory system bankowy oraz skorumpowana i nieefektywna biurokracja. Mówiąc krótko: rakiem trapiącym Włochy jest socjalizm, a nie euro. Brak narodowego pieniądza tylko uniemożliwia zastosowanie gospodarczych „środków przeciwbólowych”, jakim jest dewaluacja waluty.































































