REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Ładniejsza połowa czyli jak żyją żony prezesów

2006-08-23 06:29
publikacja
2006-08-23 06:29
Mój mąż jest z zawodu dyrektorem – mawiała jedna z bohaterek starej, polskiej komedii „Poszukiwany, poszukiwana”. Funkcja męża zastępowała jej w stu procentach własne życie. Ona sama miała tylko „leżeć i pachnieć”. Zupełnie inne podejście mają bohaterki tego artykułu. Krystyna Wancer, Agnieszka Horst, Anna Kacprzyk, Magdalena Korobowicz i Monika Buraś są żonami prezesów dużych firm. Ale praca mężów nie jest osią, wokół której kręci się całe ich życie. Jest istotna, ale nie najważniejsza. Zmieniły się czasy, czy może po prostu kobiety mają coraz większe szanse i możliwości na własny rozwój, wykształcenie, karierę zawodową? Nie rezygnują ze swoich ambicji i zawodowych planów tylko dlatego, że mąż awansował, a one pracować nie muszą. Mają własne życie i zainteresowania. Jeśli robią sobie przerwę – to także jest to świadomy wybór.

Ich mężowie kierują dużymi spółkami. Często nie ma ich w domu, bo wyjazdy, służbowe kolacje, praca do późna. One trwają przy ich boku, ale nie bezczynnie. Są inteligentne, wykształcone, ambitne, zajęte. Mają masę własnych spraw, własnych obowiązków. Dla swoich życiowych partnerów są nie tylko ozdobą, ale też, a może przede wszystkim – podporą.

Towarzyszą mężom, kiedy wymaga tego oficjalna okoliczność. Na promocji nowego modelu samochodu, otwarciu nowej siedziby, uroczystości ufundowania sztandaru dla jednostki wojskowej, czy po prostu bankiecie wydawanym ze szczególnie ważnej dla firmy okazji. Nie są jednak efektownym tłem, ale... ładniejszą połową.

Anna Kacprzyk, żona Pawła Kacprzyka, prezesa Volvo Auto Polska

Poznali się w Łodzi na pierwszym roku studiów na Wydziale Zarządzania. Od razu – w październiku. Wtedy nie wiedziała i nie mogła wiedzieć, jak potoczą się ich losy. Doświadczenie zawodowe zdobywali równolegle, nie rywalizowali ze sobą, każde szło własną drogą. On pracował w konsultingu, ona została na uczelni. Postanowiła się doktoryzować. Jak dziś podkreśla z uśmiechem Anna Kacprzyk, w zasadzie od początku wiedziała, że Paweł, jej mąż, daleko zajdzie.

– Zdradzał takie predyspozycje: zawsze był pracowity, ambitny, zaangażowany, chciał osiągnąć więcej niż rówieśnicy – wspomina. – I nie miałam wątpliwości, że to osiągnie. Był świetny na studiach, wyprzedzał grupę. Nie było wiadomo, kiedy i jakie zajmie stanowisko, lecz można się było spodziewać, że będzie to funkcja kierownicza.

Koniec lat 90. Anna Kacprzyk prowadzi zajęcia na Wydziale Zarządzania, jest na studiach doktoranckich. Jej mąż Paweł pracuje w PricewaterhouseCoopers – podróżuje między Łodzią a Warszawą, a dodatkowo często wyjeżdża gdzieś dalej „na projekty”. Oboje wiedzą, że ich okres łódzki dobiega końca. Anna chce jednak doprowadzić swoją pracę doktorską do takiego etapu, by dało się ją kończyć na odległość. Z kolei Pawłowi wygodniej będzie, kiedy się przeniosą. No i starszej córce, która ma iść do pierwszej klasy. Zapada decyzja. Latem 1997 r. trafili całą rodziną do Warszawy. Kompromisy? Nie, jak podkreśla Anna Kacprzyk, zmiana była korzystna dla wszystkich. Tym bardziej że i ona planowała kolejne zawodowe kroki.

Pierwsze dwa lata Anna Kacprzyk wspomina bardzo dobrze.
– To był dla mnie o tyle fajny okres, że mimo dwójki małych dzieci (młodsza córka miała wtedy rok), kończenia pracy doktorskiej i czasami pojawiających się wyjazdów do Łodzi, nie byłam w biegu – wspomina teraz. – Mobilizowałam się, by jak najszybciej zostać doktorem i znaleźć tu pracę.

Ale już nie na uczelni. Swoją wiedzę i doświadczenie akademickie chciała sprawdzić w praktyce. Jej specjalizacja to wspieranie małych i średnich przedsiębiorstw przez wdrażanie krajowych i unijnych programów pomocowych. Najpierw trafiła do Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, potem do Agencji Techniki i Technologii, która w 2002 r. została połączona z Państwową Agencją Rozwoju Przemysłu, gdzie Anna Kacprzyk pracuje do dziś. W międzyczasie mąż z PwC przeszedł do Volvo Auto Polska. Dwa lata temu został prezesem spółki.

Ich życie mimo wszystko nie stanęło na głowie: on pracuje mniej więcej tak samo dużo jak wcześniej, a ona ani przez moment nie pomyślała o tym, by być po prostu... prezesową. Po co? Przecież ma dobrą pracę, pozwalającą pogodzić wykształcenie, zainteresowania i życie rodzinne.

- Tak naprawdę jedyne, co czasem dodatkowo ją obciąża w związku z funkcją męża, to obowiązki reprezentacyjne. Chociaż – jak mówi – bez przesady. – Z reguły nie uczestniczę w nudnych kolacjach biznesowych – zastrzega. – Biorę raczej udział w imprezach organizowanych np. z okazji wprowadzania nowych modeli samochodów, co jest dla mnie interesujące, bo lubię prowadzić. Tym bardziej że mam już grono znajomych z tego środowiska. Nie jest więc tak, że stoję przy boku męża i czekam na koniec spotkania.

Nieraz myśli o powrocie do pracy akademickiej, o prowadzeniu zajęć może za jakiś czas. Teraz musiałaby w tym celu poświęcić weekendy, a tego jej rodzinny kalendarz nie przewiduje.

Agnieszka Gawłowicz-Horst, żona Eckharda Horsta, prezesa Euler Hermes

Tuż po maturze, pod koniec lat 80., pojechała na studia do Francji. Od lat mieszkał tam jej ojciec. Dzisiaj doskonale rozumie, że to była jej ogromna szansa, lecz wtedy opierała się, jak mogła. Chciała zostać w kraju. Ale szybko się zaadaptowała za granicą. Do tego stopnia, że obecnie wyjazd z Polski na dłużej czy nawet na stałe nie byłby sprawą. Bo – jak mówi – może mieszkać wszędzie tam, gdzie warunki do życia nie są gorsze niż tu.

– Studiowałam zarządzanie – wspomina Agnieszka Horst. – W roku 1993 przyjechałam na staż do francuskiej firmy działającej w Polsce i zostałam tu przez trzy miesiące. Po roku, kiedy przyjechałam ponownie, w kraju zaczęły być odczuwalne dość intensywne przemiany. Zorientowałam się, że z moim wykształceniem zdobytym we Francji i z doskonałą znajomością języka francuskiego mogę robić karierę na miejscu, a nie we Francji; tym bardziej że tam zaczął się właśnie okres zastoju gospodarczego. Zostałam więc w Polsce. Szybko jednak spostrzegłam, że kuleje mój angielski.

Postanowiła to nadrobić. Już wtedy pracowała we Francuskim Instytucie Zarządzania. Prowadziła wykłady z zakresu finansów: zarządzanie finansowe przedsiębiorstw, kontroling, analiza finansowa. Realizowała również projekty dla firm z tego zakresu. Tryb pracy pozwalał na częste podróże. Skrzętnie to wykorzystywała – jeździła do Cambridge na kursy angielskiego. Na jednym z nich poznała Eckharda Horsta, Niemca, menedżera z branży ubezpieczeniowej.

– On nigdy wcześniej nie był w Polsce, ale zaczął często do mnie przyjeżdżać, poznał moich znajomych, zobaczył, że są tu młodzi ludzie, którzy zajmują bardzo odpowiedzialne stanowiska i wydaje mi się, że wtedy dostrzegł tu miejsce również dla siebie – wspomina. – Postanowiliśmy, że przyjedzie tutaj do pracy. Kiedy się pobieraliśmy w roku 1997, mąż pracował w spółce holenderskiej zainteresowanej zakupem firmy ubezpieczeniowej w Polsce. Krótko potem zaczął pracę w Euler Hermes Polska.

Jak podkreśla Agnieszka Horst, jej mąż nie chciał żyć w zamkniętej enklawie cudzoziemców. Szybko więc nauczył się języka polskiego.

Przez kilka kolejnych lat godziła życie zawodowe z domowym. Urodziła trójkę dzieci. Jeszcze podczas drugiej ciąży pracowała w firmie logistycznej na stanowisku dyrektora finansowego, niemal do ostatniej chwili.

– Z drugiego urlopu macierzyńskiego wróciłam do pracy już po trzech miesiącach (mimo że urlopy trwały wtedy pół roku) – mówi. – Wkrótce potem zaczęliśmy budować dom w Podkowie Leśnej i zdecydowaliśmy się na trzecie dziecko. Nie chciałam dzielić życia na rodzinne i zawodowe. Jestem bardzo szczęśliwa, że dokonałam takiego wyboru. Zrozumiałam, że moim największym kapitałem nie są pieniądze spółki, której doradzam, ale rodzina.

Jej mąż stara się jak najwięcej czasu spędzać w domu. Tak zorganizował sobie pracę, że wychodzi z domu o świcie, a o 17 jest już z powrotem. Nie cierpi służbowych kolacji. Woli wtedy sam coś ugotować dla rodziny.

Czy Agnieszka Horst chce wrócić do pracy? Nie mówi nie. Miała nawet ostatnio dwie propozycje z firm szkoleniowych. Myśli, że to jeszcze nie ten czas. Nie chce niczego poświęcać.

Krystyna Wancer, żona Józefa Wancera, prezesa Banku BPH

Są parą od ośmiu lat, małżeństwem od trzech. Być może nie byliby dzisiaj razem, gdyby nie drużyny walterowskie z przełomu lat 50. i 60. ubiegłego wieku, do których oboje należeli.

– Ówcześni przyjaciele i koledzy męża byli wtedy moimi instruktorami – opowiada Krystyna Wancer, warszawianka od ośmiu pokoleń.

Dziewiętnastoletni wówczas Józef Wancer nie zwracał uwagi na czternastoletniego podlotka, ona także miała w głowie inne sprawy. Zupełnie inaczej niż kilkadziesiąt lat później, na spotkaniu byłych walterowców w 1998 r., kiedy od razu zadziałała chemia.

Józef Wancer stał wtedy na czele warszawskiego Raiffeisen Centrobanku, dwa lata później objął stanowisko prezesa Banku BPH. Czy Krystyny Wancer nie kusiło, by rzucić pracę zawodową?
– Nawet przez myśl mi to nie przeszło – odpowiada zdecydowanie.

Ukończyła Państwowe Studium Stenotypii i Języków Obcych, choć wcześniej próbowała się dostać na rusycystykę. Na egzaminie zdobyła jedną z najwyższych not, ale nie miała szans na ten wydział ze względu na ojca, który kilka lat spędził w stalinowskim więzieniu za niewłaściwe poglądy polityczne. Dzisiaj cieszy się, że tak się stało. Jej pierwszą firmą, której poświęciła aż 17 lat, był Ciech. Energicznej i ambitnej specjalistce ds. produktów nieorganicznych nudę i rutynę rekompensowały służbowe wyjazdy za granicę, m.in. do Egiptu, na Węgry i do Holandii – zaowocowała bardzo dobra znajomość trzech języków obcych.

W 1984 r. powiedziała sobie: dosyć. Znalazła ogłoszenie, że firma Igloopol poszukuje handlowców. Pięć lat później jeden z klientów Igloopolu zadzwonił z propozycją otworzenia w Polsce przedstawicielstwa handlowego amerykańsko-holenderskiego producenta maszyn do przetwórstwa mięsa.

– Miałam opory – przyznaje. – Nie dość, że nigdy nie pracowałam w zagranicznej firmie, to jeszcze miałam być odpowiedzialna niemal za wszystko. Wyzwanie było naprawdę duże.

Mimo to – a może właśnie dlatego – podjęła rzuconą rękawicę. Na początku zagraniczni właściciele skrupulatnie kontrolowali jej poczynania. Potrafili zadzwonić minutę przed czwartą – oficjalną godziną zakończenia pracy – by sprawdzić, czy aby na pewno jest jeszcze w biurze. Zaciskała zęby i czekała. Chociaż firma miała się świetnie, odpuścili dopiero po dwóch latach...

Dzięki tej pracy bezboleśnie przeszła okres transformacji ustrojowej i bez uszczerbku zmierzyła się z wyzwaniami gospodarki wolnorynkowej. Cierpliwie przyzwyczajała się do laptopa, komórki i coraz bardziej wszechobecnego internetu. Była ucieleśnieniem prawdziwej kobiety biznesu. Aż do czasu... wejścia Polski do Unii Europejskiej. Jakiś czas po akcesji właściciele firmy zdecydowali, że nie potrzebują już przedstawicielstwa nad Wisłą i wystarczy im biuro w Holandii. Jej także zaproponowano tam pracę, lecz odmówiła. W końcu była przecież świeżo upieczoną mężatką. Wtedy Krystyna Wancer uznała, że może to już czas, by się wyciszyć.
– A poza tym, kto by chciał zatrudnić sześćdziesięciolatkę? – żartuje.

I ona, i jej mąż mają dystans do swojego wieku oraz statusu majątkowego. Podczas sesji zdjęciowej proszą, by nie zrobić z nich na zdjęciu dwudziestolatków bez zmarszczek. A Krystyna Wancer nie wstydzi się, że w salonie po dwóch latach od przeprowadzki wiszą ciągle żarówki w oprawkach, takie tylko na chwilę. Cieszy się, że w końcu będzie miała czas coś z tym zrobić...

Magdalena Korobowicz, żona Konrada Korobowicza, prezesa e-Cardu

Jest 1 września 1983 r., początek roku szkolnego w Liceum im. Stanisława Staszica w Lublinie. Świeżo upieczony pierwszoklasista Konrad Korobowicz obserwuje smukłą blondynkę, koleżankę z tej samej klasy. Kilka lat później, na drugim roku studiów prawniczych, wyznaje Magdzie, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Ona do dzisiaj w to nie do końca wierzy. Jednemu nie może zaprzeczyć: ich miłość ma bodaj najsilniejszą z możliwych podstaw – poprzedziła ją kilkuletnia przyjaźń. A to z kolei powoduje, że dzisiaj, chociaż są parą z osiemnastoletnim stażem, ciągle wyczuwa się między nimi silną emocjonalną więź.

– Znam Konrada lepiej niż siebie – mówi ze śmiechem Magdalena Korobowicz. – Zawsze może liczyć na moją radę, a także wsparcie. I na odwrót.

Choć marzyła o aplikacji notarialnej, dostała się na sędziowską. Gdy pracowała w lubelskim sądzie, Konrad Korobowicz otrzymał propozycję pracy w Warszawie. Po trzech latach weekendowego małżeństwa Magdalena Korobowicz poczuła, że coraz trudniej znosi rozłąkę. „Tylko pozwól mi znaleźć dom” – prosił mąż, gdy nie wytrzymała i powiedziała mu o swoich odczuciach. Znalazł go w ciągu miesiąca w podwarszawskiej Radości.

W stolicy Magdalena Korobowicz przez trzy lata kontynuowała pracę sędziego. A ponieważ przepisy prawa stwarzały możliwość zmiany specjalizacji na notarialną bez konieczności kolejnej aplikacji, w pewnym momencie poczuła, że nadszedł moment na realizację zawodowych marzeń. Nie ukrywa, że było to możliwe dzięki mężowi, który pomagał w otworzeniu eleganckiej kancelarii notarialnej na Starej Ochocie. Pracuje od 8 lub 9 rano, kończy nie wcześniej niż o 18. Nie żałuje kilku lat pracy w sądzie, bowiem to doświadczenie bardzo pomaga jej w pracy w kancelarii. Tak naprawdę dopiero teraz czuje się zawodowo spełniona. A praca jest jej potrzebna niemal jak powietrze.

– Nie mam natury Matki Polki – zastrzega. – Bardzo lubię zajmować się domem, ale nie może pochłaniać mi to całego czasu. Przekonałam się o tym podczas urlopu macierzyńskiego. Poza tym, Konrad też nie jest zwolennikiem modelu rodziny, w którym kobieta przebywa w domu, a mąż w pracy. Uważamy, że kobieta, która nie pracuje, musi włożyć wiele wysiłku w to, by odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. I, paradoksalnie, często zaniedbuje bardziej siebie, najbliższych i dom, mimo że teoretycznie ma więcej czasu.

Magdalena Korobowicz wspomina swój roczny pobyt na stypendium w Szwajcarii – kraju, w którym 70 proc. kobiet nie pracuje zawodowo. Wśród nich – kilka jej koleżanek.

– Miały wszystko: kochającego męża, piękny dom i zdrowe dzieci – opowiada. – Ale ciągle były z jakiegoś powodu nieszczęśliwe, ciągle na coś narzekały. Nie potrafiły cieszyć się z tego, co mają.

Ona nie narzeka, lecz przyznaje, że chciałaby częściej być z ośmioipółletnią córką Emilką. Dlatego weekendy należą nieodwołalnie do rodziny. Wspólne posiłki są wręcz celebrowane. I wspólna zabawa: rowery, tenis, piłka, czasami golf oraz przejażdżki motocyklem. To jednak ciągle za mało. Dlatego Magdalena Korobowicz dąży teraz do tego, by pracować przez cztery dni w tygodniu, a piątek zarezerwować dla najbliższych. I by stało się to regułą, a nie wyjątkiem. Odwrotnie niż jest teraz.

Monika Buraś, żona Tomasza Burasia, wiceprezesa DHL Polska

Koleżeństwo z warszawskiego podwórka, z sąsiednich ulic. Ona z Królewskiej, on z Grzybowskiej. Chadzali tymi samymi ścieżkami, mieli wspólnych znajomych. I tak jak Magdalena i Konrad Korobowiczowie – najpierw się zaprzyjaźnili, a później „coś zaiskrzyło”.

Wspólny początek nie należał do łatwych. Pierwszą pracą Tomasza Burasia była kiepsko płatna asystentura na Politechnice Warszawskiej. Pensja Moniki Buraś w departamencie współpracy z zagranicą Polskiego Komitetu Normalizacji i Miar też nie była imponująca. Jej mąż z ambicją i uporem po kolei pokonywał kolejne szczeble kariery. Ona wybrała inną, spokojniejszą drogę zawodową. Po zakończeniu pracy w PKNiM zatrudniła się w firmie francuskiej, odpowiedzialnej za budowę hotelu Mercure, która potem utworzyła spółkę z Warbudem. Monika Buraś zaczynała w niej pracę od stanowiska asystentki dyrektora finansowo-administracyjnego. Tłumaczyła rozmaite dokumenty i coraz bardziej wciągała się w zagadnienia finansowe. Dzisiaj jest w Warbudzie kierownikiem działu kontrolingu. Nie walczy o kolejny awans, bo nie czuje takiej potrzeby.

– Kolejne szczeble kariery nie są dla mnie motywacją – wyjaśnia. – Zależy mi przede wszystkim na pogodzeniu pracy z życiem rodzinnym. Dlatego nigdy nie zdecydowałabym się na taki rodzaj i tryb pracy, jaki ma mój mąż. Kilkakrotnie zresztą odrzucałam propozycje head-hunterów.

Monika Buraś żartuje, że w domu logistyką zajmuje się głównie ona – mąż ma na to zbyt napięty zawodowy grafik. Docenia jednak w nim to, że w najważniejszych momentach ich związku zawsze może na niego liczyć. Tak jak przy porodzie drugiego dziecka – syna Wojtka. Tomasz Buraś zrezygnował wtedy bez wahania z bardzo ważnej podróży służbowej do Londynu.

Po narodzinach syna Monika Buraś postanowiła na prawie dwa lata przerwać pracę zawodową.

– Była to trudna i ryzykowana decyzja – wspomina. – Uznałam jednak, że macierzyństwo jest dla mnie najważniejsze. Teraz to procentuje. Mam świetne relacje z siedmioletnim Wojtkiem i pięć lat od niego starszą Magdą.

Chociaż bazą zawsze była rodzina, Monika Buraś nie wyobrażała sobie, że mogłaby nie wrócić do pracy. Podjęła także studia na kierunku finanse i bankowość, na które kiedyś zabrakło jej czasu. Tomasz Buraś bez narzekań przejmuje więc domowe obowiązki.

– Nigdy nie chciałabym być tylko żoną przy mężu – podkreśla z naciskiem. – Nie potrafiłabym się odnaleźć w domu. Obawiam się, że decydując się na taki tryb życia, w wieku 50 lat byłabym sfrustrowaną, nadopiekuńczą mamą. Poza tym cenię sobie również niezależność finansową.

Tak jak nie pociąga jej tylko etat w domu, tak samo nie mogłaby żyć tylko dbaniem o siebie i wydawaniem lekką ręką pieniędzy. Z ekskluzywnego gabinetu kosmetycznego, do wizyty w którym namówiła ją siostra, uciekła po dwóch godzinach. A największe finansowe szaleństwo? Zakupiony niedawno dom w Podkowie Leśnej...

Dlatego pod koniec rozmowy Monika Buraś prosi, by podkreślić w artykule, że żony prezesów to zupełnie normalne osoby, które prowadzą normalne życie. A od przeciętnych kobiet różnią się tylko tym, że jeśli chcą, bez większych wyrzutów sumienia mogą sobie pozwolić na spełnianie marzeń.

Aleksandra Gieros-Brzezińska, Agata Szymborska-Sutton
Źródło:
Tematy
Pora na MG HS Hybrid+! Zyskaj rabat aż do 15 000 zł.
Pora na MG HS Hybrid+! Zyskaj rabat aż do 15 000 zł.

Komentarze (10)

dodaj komentarz
~Piotr
No cóż z takimi korzeniami...
~klapek
"Mają własne życie i zainteresowania. Jeśli robią sobie przerwę – to także jest to świadomy wybór."

Bo przecież inne kobiety nie mają własnego życia ani zainteresowań. Świadomych wyborów też nie podejmują. Żony prezesów - no, to co innego... Ech...
~MAP
Forumowicze krzy, szary, A., i mac wlasnie zawiazali loze frustratow. Skoro tak dobrze im idzie to niech sie rownie sprawnie zorganizuja i powolaja komitet kolejkowy w jakims Urzedzie Pracy. Moze w ten sposob znajda jakies zajecie dla siebie i wylecza sie wreszcie z zawisci
~A.
Czytalem rozne glupawe artykuly ale jest wlasnie awansowal na sam szczyt.
~mac
majątki z przekrętów.... itp
~szary
jak to jak żyją... bardzo dobrze zyją: a to futerko za 10 tysięcy, a to wycieczka za 30 tysięcy, a to samochód za 600 tysięcy, a to nieruchomości kupowane za bezcen. za to wszystko płaci...społeczeństwo najwyższymi w Europie prowizjami w bankach, kredytem na lichwiarskim oprocentowaniu 30% (Handlowy, Pekao) albo złodziejskimi cenami jak to jak żyją... bardzo dobrze zyją: a to futerko za 10 tysięcy, a to wycieczka za 30 tysięcy, a to samochód za 600 tysięcy, a to nieruchomości kupowane za bezcen. za to wszystko płaci...społeczeństwo najwyższymi w Europie prowizjami w bankach, kredytem na lichwiarskim oprocentowaniu 30% (Handlowy, Pekao) albo złodziejskimi cenami rozmów komórkowych. cała sprawiedliwość polskiego kapitalizmu.
~Rob
kolejny zakompleksiony nieudacznik...
~ odpowiada ~Rob
popieram - niektórzy umieją tylko narzekać...
~K
proponuję napisanie artykułu o tym, jak żyją mężowie kobiet prezesów - to jest o wiele trudniejsze wyzwanie, ponieważ poza wszystkimi kwestiami poruszonymi w powyższym artykule trzeba się jeszcze zmierzyć z głęboko zakorzenionymi w świadomości stereotypami...

Powiązane: Studia

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki