Wystarczyło pogorszenie nastrojów inwestycyjnych na świecie, by kurs euro przekroczył marcowy szczyt i zameldował się na najwyższym poziomie od ponad 11 lat. Trwałe przekroczenie tego poziomu na gruncie analizy technicznej może mieć fatalne konsekwencje dla polskiego pieniądza.


Słabość Wall Street i kolejne silne spadki na giełdach w Europie tworzą niekorzystne otoczenie dla złotego, traktowanego przez zagranicznych inwestorów jako ryzykowna waluta niewielkiego rynku wschodzącego. Jeśli do tego dodamy czynniki krajowe (postępujący lockdown, coraz słabsza koniunktura gospodarcza, niepokoje społeczne), to przepis na słabość złotego jest gotowy.
[Aktualizacja 13:54]
W środę rano rynek kurs euro
dwukrotnie zaatakował linię 4,60 zł. O ile po pierwszym ataku kurs EUR/PLN
szybko się cofnął, to już po drugim zdołał się utrzymać powyżej tego niedawnego
oporu. A potem notowania pary euro-złoty poszły jeszcze wyżej, nieznacznie przekraczając tegoroczne maksimum. O 13:44 za europejską walutę płacono 4,6350 zł, a więc o pięć groszy
więcej niż dzień wcześniej. W ten sposób kurs euro osiągnął najwyższą wartość od lutego 2009 roku.

Dlaczego poziom 4,60 zł był tak istotny? Bo to w jego pobliżu zatrzymywały się zwyżki kursu euro we wrześniu i w październiku. Poziom ten stał się ostatnim oporem przed marcowym, 11-letnim maksimum leżącym na wysokości 4,6323 zł, do którego rynek dotarł w zaledwie trzy godziny. Trwałe przełamanie tej ostatniej bariery na gruncie analizy technicznej otwierałoby drogę ku rekordowi wszech czasów z lutego 2009 roku (4,9237 zł).
Równocześnie samo euro trzeci dzień z rzędu traciło względem dolara amerykańskiego. W rezultacie kurs dolara na polskim rynku wczesnym popołudniem rósł o blisko 6 groszy, osiągając wartość 3,9493 zł. Za franka szwajcarskiego płacono już 4,3332 zł, a więc najwięcej od maja. Funt brytyjski drożał o ponad 4 grosze i był wyceniany 5,1093 zł.
KK





























































