Kilka lat temu, w gorącym sezonie rozliczeń podatkowych, jedna ze stacji telewizyjnych emitowała program z poradami „na ostatnią chwilę”. Każdy odcinek kończył się zawieszonym w próżni pytaniem: „Czy można nie płacić podatków?”. Odpowiedź wprawdzie nie padała, ale każdy przecież doskonale wiedział, że gdyby padła, mogłaby brzmieć tylko w jeden sposób…
A jednak są tacy, którzy twierdzą, że owszem – podatków można nie płacić. I to zgodnie z prawem. Trzeba tylko wiedzieć, jak. Osoby, które zapominają o tym jednym zastrzeżeniu, mogą mieć duży kłopot. Chyba że w ostatniej chwili uratuje je... umorzenie zaległości. Według ekspertów, na taką okoliczność nie należy się jednak nastawiać. Jak podkreśla Krzysztof Kubala prowadzący kancelarię prawną Taxways, z umorzeń korzystają ci, którym zdarzyło się nieszczęście. Nieszczęście, do którego w wielu sytuacjach można było po prostu nie dopuścić. Jak? Układając, z należytym wyprzedzeniem, odpowiednią strategię.
Z chwilą wejścia Polski do Unii Europejskiej, przed ludźmi chcącymi „profesjonalnie i legalnie” nie płacić podatków otworzyły się nowe możliwości: strategie można bowiem planować już kosmopolitycznie i bez konieczności szukania podatkowych rajów. Lepiej jednak nie bawić się w to samodzielnie, bo przedsięwzięcie wymaga wiedzy i znajomości przepisów, nie tylko polskich. Więcej: misternej sieci antypodatkowych rozwiązań nie da się utkać według prostej uniwersalnej recepty. Tu rozwiązania szyje się na miarę.
Podejmując tego typu działania, zwane oficjalnie optymalizacją podatkową, trzeba się jednak liczyć z tym, że urzędy skarbowe określą je raczej bardziej dosadnie: kombinowanie.
– Doskonale pamiętam, jak kilka lat temu Grzegorz Kołodko, wówczas minister finansów, łajał korzystających z odpisów podatkowych z tytułu darowizny, że to niemoralne, że to oszustwo i że dobierze się do skóry zarówno podatnikom nadużywającym prawa, jak i ich prawnikom – wspomina Krzysztof Kubala. – Takie podejście zostało wówczas wyrażone publicznie po raz pierwszy, ale tak naprawdę było i jest powszechną postawą fiskusa. Niestety, nie jest to postawa charakterystyczna tylko w Polsce. Jak radził amerykański urzędnik przedsiębiorcy: „Nie myśl nigdy o owocach swojej pracy – moje pieniądze – bo to są nasze pieniądze. Twoje będzie to, co ci zostawimy”.
Szkopuł w tym, że od momentu przystąpienia do UE również polscy podatnicy mają prawo korzystać z wolności obywatelskich obowiązujących w strukturach obecnej „dwudziestki piątki”, choćby do migracji, otwierania firmy tam, gdzie się chce (w ramach Wspólnoty), czy wreszcie – do transferu pieniędzy z zysków kapitałowych.
Jarosław Ostrowski, radca prawny, wspólnik kancelarii Nowakowski i Wspólnicy, przypomina to, o czym zainteresowani świetnie wiedzą – że zgodnie z traktatem unijnym próby ograniczania tych swobód są zakazane.
– Swoboda przedsiębiorczości obejmuje podejmowanie i wykonywanie działalności prowadzonej na własny rachunek, jak również zakładanie i zarządzanie przedsiębiorstwami, a zwłaszcza spółkami, na warunkach określonych dla własnych obywateli przez ustawodawstwo państwa przyjmującego firmę; dozwolone jest nadto tworzenie agencji, oddziałów lub filii – wylicza Ostrowski. – A to oznacza, że polscy przedsiębiorcy mogą rejestrować działalność gospodarczą na własny rachunek lub w formie spółki w dowolnym kraju Unii Europejskiej, na podobnych zasadach jak obywatele danego kraju. Przedsiębiorcy mogą też prowadzić działalność gospodarczą za pośrednictwem przedsiębiorstw podległych, oddziałów i przedstawicielstw.
Do czego to prowadzi? Poszukiwaniom coraz to bardziej liberalnych obszarów nie ma końca. Eksperci podkreślają, że samo obniżanie podatków, by pieniądze nie uciekały z kraju, jeszcze nie wystarczy. Potrzebne są: przyjazny, pewny system prawno-podatkowy i wyobraźnia polityków wykraczająca poza najbliższe notowania popularności.
– Cóż z tego, że w Polsce obniżymy podatek do 15 proc., skoro i tak będą miejsca, w których stawka jest niższa? – zastanawia się Kubala. – Gdyby stawka podatkowa była najważniejszym czynnikiem zachęcającym inwestorów, wszyscy przedsiębiorcy siedzieliby w Emiratach Arabskich albo w Estonii (w tej ostatniej CIT jest zerowy).
Duże znaczenie ma również uatrakcyjnianie pewnych obszarów, tworzenie nisz, do których będą ściągali z całego świata ludzie „z branży”.
– Dlaczego filmy robi się na Węgrzech? – retorycznie pyta Kubala.
– Nie ma to związku z tradycją, pejzażami ani świetnymi nowoczesnymi studiami. Węgrzy postanowili iść w dziedzinie produkcji filmowej za Anglikami i stworzyli sprzyjające warunki podatkowe. Polska może sobie nawet wybudować drugie Hollywood pod Łodzią, a David Lynch może dać na to pieniądze, ale nikt tu nie zrobi filmu, bo nawet Polański filmy o Polsce robi przeważnie w Czechach i na Węgrzech.
Najbardziej skore do wędrowania z kapitałem po Europie są dziś jednak spółki operujące przede wszystkim na płaszczyźnie finansowej.
– Jeżeli mówimy o przedsięwzięciu stricte lokalnym, to nie ma sensu szukać rozwiązań za granicą – twierdzi Kubala. – Właściciel zakładu fryzjerskiego w Kaliszu czy producent ziemniaków pod Płońskiem zapłaciliby podatki i w Luksemburgu, i na Cyprze. Im bardziej jednak przedmiot działalności oderwany jest od warunków lokalnych, bo firma zajmuje się np. działalnością inwestycyjną czy sprzedażą internetową, tym większy sens ma szukanie rozwiązań za granicą.
W przypadku firm działających na polu finansowo-inwestycyjnym, inwestor musi założyć, jaki cel chce realizować. Jeżeli więc w grę wchodzi dywidenda, miejsca do prowadzenia tego typu działalności trzeba szukać tam, gdzie obowiązują korzystne zasady tzw. wyłączenia partycypacyjnego zysków z dywidendy. W czym rzecz? Chodzi o zwolnienie podatkowe w spółce-matce zysków osiągniętych ze spółki-córki. O ile w Austrii, Danii czy kilku innych krajach UE trzeba swoje odczekać, by takie zwolnienie przysługiwało (najczęściej spółka powinna być zarejestrowana w danym kraju minimum rok), to już zwolnienie w Holandii będzie przysługiwało nawet wówczas, gdy spółka zarejestruje się jednego dnia, a zwinie następnego. I to dosłownie.
Jak podkreśla Kubala, założenie takiej spółki wyłącznie dla zysków kapitałowych to typowy inkubator. Inwestuje się pieniądze w spółkę zależną, firma rośnie, aż wreszcie inwestor wypłaca dywidendy lub sprzedaje spółkę-córkę i wycofuje kapitał. Jak to działa?
Kubala podaje następujący przykład: Jan Kowalski ma firmę Świetna Sprawa sp. z o.o. Nie jest jednak bezpośrednio jej właścicielem. Ma ją w swoim holdingu luksemburskim Świetna Sprawa. Dzięki takiemu rozwiązaniu, jeśli on sprzeda swoją firmę w Polsce, to nie Jan Kowalski zrealizuje zyski, tylko jego holding. On sam zaś z holdingu będzie czerpał tyle, ile mu potrzeba, w dodatku dopiero wtedy płacąc podatki, a i to wyłącznie od kwoty, którą wykorzystał (opodatkowanie odbywa się w momencie „konsumpcji” zysków, a nie ich uzyskania).
Ale, jak podkreśla Jarosław Ostrowski, i tam gdzie występuje wymóg trzymania udziałów w spółce nieprzerwanie przez dwa lata, jest sposób, by ów przepis obejść i sprzedać udziały wcześniej, korzystając ze zwolnienia. A to za sprawą precedensowego wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 1996 r. w sprawie Denkavit.
– Uznano, że warunek dwuletniego okresu posiadania udziałów jest spełniony także wtedy, jeśli przed wypłatą dywidendy spółka, nie posiada co prawda udziałów przez dwa lata, ale zamierza utrzymywać je już po uzyskaniu dywidendy – tłumaczy Ostrowski.
– Wynika z niego jasno, że podatnicy mają pełne prawo oczekiwać na terenie całej Unii Europejskiej, że wypłacona im dywidenda będzie zwolniona z podatku u źródła bądź że otrzymają zwrot podatku po upływie dwóch lat.
Według Krzysztofa Kubali, właśnie wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości są dla podatników nie do przecenienia. Trybunał staje bowiem w obronie podatników dyskryminowanych w ramach UE. I to w sposób coraz bardziej stanowczy – zwłaszcza od sprawy Petri Manninena z 2004 r., któremu podwójnie opodatkowano dywidendę. Odwołał się od tej decyzji do Trybunału i wygrał. Zdaniem Kubali, wydźwięk tego wyroku jest następujący: „Jeżeli obywatel Unii Europejskiej chce mieszkać i prowadzić biznes tam, gdzie są wysokie podatki, to niech to robi. Ale jeżeli wybiera na swoją działalność inne miejsce na terenie Unii, które będzie dla niego korzystniejsze – nie można mu tego zabronić”.
Innym przykładem spółek, które mogą szukać w Europie sposobu na obniżenie podatku są firmy handlowe. Sugerowane przez doradców rozwiązanie jest proste – przenieść się tam, gdzie podatku… nie ma w ogóle. Choćby do Estonii. Tam spółka handlowa nie płaci podatku CIT, a jedynie 17-proc. VAT. Inny sposób to działanie przez pośredników.
– W systemie europejskim funkcjonuje bardzo sprawnie agency structure, co oznacza, że w świetle prawa dopuszczalne jest działanie w swoim imieniu, ale na czyjąś rzecz – tłumaczy Kubala. – Taki agent zarabia i dostaje prowizję, resztę zaś odsyła do swojego pryncypała. Spółka agencyjna z Wielkiej Brytanii czy Irlandii sprzedaje towary, bierze od tego swoją część, a nieopodatkowaną resztę wysyła temu, do kogo należy towar i pieniądze.
Jest jednak pewien warunek. Agent musi być niezależny, czyli niepowiązany kapitałowo z właścicielem firmy. W przeciwnym razie, tzn. jeśli jest podmiotem zależnym od spółki, na rzecz której działa nie ma prawa do korzystania z umów o unikaniu podwójnego opodatkowania.
Jednak znalezienie sposobu na transferowanie pieniędzy z jednego kraju unijnego do innego, w którym są niższe podatki, to jeszcze za mało, by mówić o pełnym rozwiązaniu. Potrzebny jest także sposób na „wyjęcie” swoich pieniędzy, co wiąże się z koniecznością zapłacenia podatku dochodowego.
Kiedy w grę wchodzą niewielkie kwoty, podatek dochodowy jest do przełknięcia. Gorzej, gdy chodzi o naprawdę duże pieniądze. Na to również prawnicy mają swoje sposoby. Można wynieść się, przynajmniej teoretycznie, tam gdzie podatku dochodowego od osób fizycznych po prostu nie ma. Choćby do Monte Carlo. Krzysztof Kubala sugeruje np. założenie... rodzinnej fundacji. Od tej pory to fundacja będzie kupować dom na Lazurowym Wybrzeżu, samochód czy samolot...
Komu i od jakiej wysokości opłaca się opracowywanie takiej antyfiskusowej strategii? Na to pytanie nikt nie zna precyzyjnej odpowiedzi. Wszystko zależy od konkretnego przypadku.
– Niezwykle trudno podać określony pułap przychodów, po przekroczeniu którego opłacalne jest przeniesienie działalności za granicę – tłumaczy Jarosław Ostrowski. – Można jednak wskazać na pewne sytuacje, które do tego zachęcają. Przedsiębiorstwa produkcyjne bądź dystrybucyjne, które dokonują np. sprzedaży eksportowej do Rosji i innych państw regionu, zaoszczędzą nie tylko na kosztach transportu, lecz także skorzystają z przychylnego systemu podatkowego i – mówię to z przykrością – często większej pewności prawa podatkowego. W mojej ocenie, zmiana rezydencji podatkowej jest szczególnie opłacalna dla przedsiębiorstw stosujących wysoką marżę i jednocześnie niewymagających angażowania dużych środków w celu ich przeniesienia za granicę (np. dla firm dystrybuujących oprogramowanie komputerowe lub sprzedających licencje czy know-how). W ich przypadku zmiana rezydencji przynosi najszybciej efekt ekonomiczny.
Również Krzysztof Kubala twierdzi, że aby optymalizować podatki, nie trzeba mieć na starcie infrastruktury wartej miliony. W przypadku biznesu internetowego wystarczy w odpowiednim miejscu postawić serwer...
Na razie najbezpieczniej jednak robić to w ramach UE i korzystać z dobrodziejstw wspólnego rynku. Choć eksperci twierdzą, że zmiana takiego stanu rzeczy to tylko kwestia czasu, bo kraje europejskie już otwierają furtki na świat. A to za sprawą umów o unikaniu podwójnego opodatkowania. Belgia ma już taką z Hongkongiem, Cypr i Luksemburg – z Mauritiusem, Polska – z Singapurem i Nową Zelandią.
– Jeśli są państwa, które otworzyły się na offshore, to znaczy, że już praktycznie nie ma granic – konkluduje Kubala. – To jest tak jak z garścią pełną piasku: im mocniej się ją zaciska, tym więcej się z niej wysypuje.
Aleksandra Gieros































































