Od grudniowego (nominalnego) szczytu wszech czasów do dna z początku lutego cena złota spadła o 13%, po tym jak od września do grudnia wzrosła o 29%. Jeszcze mocniejszą korektę doświadczyło srebro, które zostało przecenione niemal o jedną czwartą. Tym dynamicznym zmianom cen towarzyszył spory ruch na regulowanym rynku kontraktów terminowych. Ostatnie dane amerykańskiej Commodity Futures Trading Commission wskazują, że od połowy listopada do 9. lutego długa pozycja netto (czyli różnica pomiędzy liczbą kontraktów kupionych i wystawionych) po stronie spekulacyjnie nastawionych uczestników rynku zmniejszyła się o 28,5%. W trakcie niespełna trzech miesięcy fundusze zamknęły 74,5 tysiąca kontraktów na złoto, z czego każdy opiewał na 100 uncji. To tak jakby nagle zniknął popyt na 235 ton kruszcu, co stanowi ok. 10% rocznego wydobycia. Jeszcze większe spustoszenie miało miejsce w srebrze, gdzie „grube ryby” („non commercials”) zmniejszyły długą pozycję netto niemal o połowę, zamykając 17,36 tys. kontraktów (po 5.000 uncji każdy, czyli w sumie 2,7 tys. ton).
A co to wszystko oznacza dla inwestora? Otóż z rynku dość nagle wycofała się znaczna część spekulacyjnego popytu na te dwa metale szlachetne. Nie wnikając w przyczyny tego zjawiska trzeba powiedzieć, że zarządzający funduszami stadnie realizowali zyski (lub cięli straty) z długich pozycji, oczyszczając przedpole do dalszych wzrostów po spadkowej korekcie. Co prawda w przypadku złota zaangażowanie spekulantów pozostaje relatywnie wysokie, ale zarazem równie znaczna jest liczba otwartych pozycji. Wydaje się więc, że dolarowe ceny złota na dobre zadomowiły się na czterocyfrowych poziomach, a na trwałe i głębsze spadki raczej nie ma co liczyć. Natomiast patrząc na długoterminowe fundamenty w postaci nienaturalnie niskich stóp procentowych, rosnącego ryzyka niewypłacalności całej grupy państw (nie tylko PIIGS) oraz wciąż niepewnej sytuacji makroekonomicznej złoto ma zdrowy potencjał do dalszych wzrostów i bicia kolejnych rekordów.
Pod względem poziomu zaangażowania spekulacyjnie nastawionych funduszy (tj. typowych hedge funds inwestujących nie w fizyczny metal, lecz w wirtualne kontrakty) jeszcze lepiej prezentują się średnioterminowe perspektywy dla srebra.
W lutym pozycja netto funduszy spadła do najniższego poziomu od lipca 2009 i jest tylko nieznacznie wyższa niż rok temu, gdy biały metal podnosił się po przecenie wywołanej paniką po upadku Lehman Brothers. Tyle że obecnie ceny srebra są na poziomie 15$ za uncję, czyli o jakieś 15% wyżej niż rok temu i o 80% wyżej niż w listopadzie 2008. Lecz z historycznego punktu widzenia biały metal wciąż wydaje się tani. Zwłaszcza w relacji do złota, za którego uncję trzeba obecnie wyłożyć aż 70,56 uncji srebra.
Oczywiście w krótkim terminie wiele będzie zależeć od kursu dolara i ogólnych nastrojów w świecie finansów. Dlatego też nie można wykluczyć, że srebro i złoto jeszcze pogłębią niedawne minima. Jednakże w ciągu ostatnich dni oba metale wykazują coraz większą odporność na fluktuacje kursu EUR/USD, co można wiązać ze stabilnym popytem inwestycyjnym na fizyczny metal (w tym także ze strony funduszy ETF). Natomiast patrząc w dłuższym horyzoncie czasowym (tj. przynajmniej kilka miesięcy) relatywnie niski poziom zaangażowania funduszy w danych CoT jak dotąd dawał całkiem skuteczny „sygnał kupna”. W przypadku złota z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w kwietniu 2009 i listopadzie 2008. Wówczas w następnych miesiącach ceny złota rosły odpowiednio o 14,4% i 43,8% (licząc od lokalnego dna do najbliższego szczytu). Do tego można jeszcze dołączyć przykład z lipca ubiegłego roku, gdy po lokalnym minimum zaangażowania dużych graczy w ciągu pięciu miesięcy złoto podrożało o 35,5%.
Tak więc można założyć, że nowa wzrostowa fala pozwoli złotu pójść w górę o jakieś 30%. Byłby to zaiste imponujący wynik i pozwalałby się spodziewać w tym roku cen rzędu 1400$ za uncję. Oczywiście przy założeniu, że na początku lutego widzieliśmy już lokalne dno. Sam poziom 1400$ nie jest już dla rynku abstrakcją – taką właśnie prognozę dla cen kruszcu w grudniu wydali analitycy z banku Goldman Sachs. Spece z Goldmana zakładali, że złoto osiągnie ten pułap do roku 2011.
Krzysztof Kolany
Analityk Bankier.pl































































