Pomysł nie jest nowy. Organizacje zrzeszające Pracodawców uważają, że pora zalegalizować nowoczesne formy regulowania czasu pracy, które od dawna znajdują swoje zastosowanie na Zachodzie. Przyjmują, że to, co sprawdza się w starej Unii, również będzie dobre dla nas. Ich zdaniem do w Kodeksie powinny znaleźć się takie rozwiązania jak:
- Flextime - w odróżnieniu do tradycyjnej formy zatrudnienia, gdzie wymaga się pracy w godzinach 8-16, w przypadku flextime wyróźnia się tylko czas, kiedy musi on być koniecznie do dyspozycji pracodawcy - np. w godzinach 11-14. Pozostałe godziny może odpracować o innych porach dnia np. po 18.
- Flexplace - wariacja flextime, ale nie w odniesieniu do czasu, ale miejsca pracy np. pracownik 5 godzin działa w terenie, a trzy w biurze. Flextime i flexplace mogą i często są łączone.
- Job-sharing - podział pracy w ramach, którego jedno stanowisko pełnoetatowe dzielone jest na dwóch pracowników. Dzielą się pensją, obowiązkami i pracują w różnych terminach, np. co drugi tydzień.
- Compressed working week - czyli skomprymowany tydzień pracy. Chodzi o to, by normalną tygodniową liczbę godzin w pracy rozłożyć na mniejszą liczbę dni. Przykładowo: 48 godzin wypracowane w 4, a nie 6 dni.
W teorii nowoczesne formy zatrudnienia mogą tylko zwiększyć wydajność i pozytywnie wpłynąć na konkurencyjność firmy. Oczywiście należy się z tym zgodzić - pracodawcy muszą mieć możliwość zatrudniania pracowników tak jak im jest to potrzebne, przy uwzględnieniu, że obie strony umowy będą zadowolone. Biorąc to pod uwagę, należy przyznać rację pracodawcom i poprzeć ich starania o zmiany w prawie pracy.
Dwa miliony bezrobotnych
Prognozowany na 2012 rok wzrost gospodarczy wynosi 2,5%. Oznacza to, że w tym roku bezrobocie raczej nieznacznie wzrośnie niż spadnie. Obecnie w Polsce pracy nie ma ponad 2 miliony Polaków. Chociaż stopa bezrobocia jest u nas niższa niż w Hiszpanii, to jednak można odnieść wrażenie, że rząd nie traktuje tego problemu priorytetowo. A niestety powinien, bo bogactwo narodu bierze się głównie z pracy.
Problem pojawia się wtedy, gdy rząd utrudnia naturalne tworzenie miejsc pracy poprzez sztuczne zwiększanie ich ceny. Na nią składa się wynagrodzenie oraz wszystkie podatki i składki płacone do budżetu państwa. Gdy te są zbyt wysokie, to oferujący pracę nie może zaproponować satysfakcjonującego wynagrodzenia. W przypadku gdy koszty zatrudnienia przewyższają możliwe korzyści z pracy, to ta staje się nieopłacalna.
Dla przykładu portier zatrudniony na podstawie umowy o pracę na minimalne wynagrodzenie kosztuje pracodawcę 1800 zł, a sam otrzymuje tylko 1111 zł na rękę – reszta to składki i podatek. Do tego należy doliczyć koszty wyposażenia i utrzymania jej stanowiska pracy, czyli media i narzędzia oraz pozostałe koszty, jakie na pracodawcę nakłada ustawodawca. Innymi słowy, legalne zatrudnienie portiera podającego klucze kosztuje pracodawcę co najmniej 2 tys. zł miesięcznie. Z tego nie jest zadowolony ani pracownik, który dostaje tylko połowę z tego, co kosztuje jego praca, ani pracodawca, który musi wydać dużo więcej na jego zatrudnienie, niż jest warte.
Naprawianie kotka za pomocą młotka
Żeby w Polsce opłacało się zatrudniać, konieczne jest obniżenie kosztów pracy oraz zmniejszenie i zlikwidowanie innych obciążeń, jakie muszą ponosić pracodawcy. Ustawodawca powinien zrozumieć, że wzrost liczby bezrobotnych powoduje jednoczesny wzrost wydatków z budżetu państwa na ich utrzymanie. Ponieważ budżet to nie jest studnia bez dna, to ustawodawca będzie próbował załatać dziury poprzez jedyny znany sobie sposób, czyli zwiększając obciążenia podatkowe.
To z kolei prowadzić będzie do pogorszenia sytuacji przedsiębiorców, czyli dalszego wzrostu bezrobocia. Gdy jednak jakimś cudem np. dzięki pozyskaniu znacznych środków z UE lub emigracji milionów Polaków, bezrobocie uda się zmniejszyć, to nie będzie sukcesem polityki zwiększania obciążeń podatkowych i urzędowej redystrybucji dochodów, ale bardzo kosztowną porażką całego narodu.
Niestety w mediach nie porusza się tematu kosztów pracy i wydatków państwa związanych z utrzymaniem bezrobotnych. Można odnieść wrażenie, że pracodawcy i organizacje reprezentujące ich interesy pogodziły się z tym, jak funkcjonuje system. Przypomina to trochę pracę z zepsutym narzędziem – coś nim zrobimy, ale nasze możliwości będą mocno ograniczone. Wprowadzanie nowych elastycznych form zatrudnienia do Kodeksu pracy to tak, jakby naprawiać młotek taśmą klejącą. Na początku będzie to skuteczne, ale w dłuższym okresie może doprowadzić do tragedii.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl
l.piechowiak@bankier.pl






























































