Krzysztof Kowalczyk: za kilka tygodni rozpoczniemy trzeci rok członkostwa Polski w Unii Europejskiej. Czy w Pana opinii Polacy zyskali, czy stracili na wejściu do Unii?
David Thomas: Uważam, że Polska dużo zyskała przystępując do Unii Europejskiej. Znakiem tego jest chociażby nawiązanie lepszych relacji handlowych z krajami europy, szczególnie w zakresie eksportu płodów rolnych. Pieniądze z funduszy strukturalnych pozwalają na kontynuowanie inwestycji w infrastrukturę. Obecnie Polska potrafi je lepiej wykorzystywać niż jeszcze kilka lat temu. Efekty tego będzie można zaobserwować już niebawem. Także otwarcie rynku pracy w Wielkiej Brytanii należy zaliczyć do pozytywów. Uważam jednak, że Polska musi uważać, aby w dłuższej perspektywie nie stracić na zawsze młodych, najbardziej dynamicznych i wykształconych obywateli. Ich potencjalne decyzje o pozostaniu na stałe za granicą mogą w dłuższej perspektywie przełożyć się nie tylko na niedobory wysoko wykwalifikowanej kadry, ale też na problemy systemu ubezpieczeń społecznych i kłopoty z wypłacaniem świadczeń emerytalnych.
KK: Czy w takim razie można powiedzieć, że Wielka Brytania zyskała na przystąpieniu Polski i innych nowych państw do Unii?
DT: Zdecydowanie tak, choć naturalnie przyjęcie nowych członków nie było gestem dobroczynnym ze strony starej Europy. Był to dla niej zdecydowany zysk, wyrażający się szczególnie w dostępie do nowych rynków oraz tańszych możliwości produkcyjnych, pozwalających konkurować np. z Krajami Dalekiego Wschodu. Gdyby kraje takie jak Polska nie przystąpiły do UE, ta miałaby dziś poważne kłopoty. Muszę jednak podkreślić, że ten zysk jest obopólny.
KK: Czy wobec tego uważa Pan, że Europa ma szanse skutecznej konkurencji z Azją i Stanami Zjednoczonymi o pozycję dominującej w świecie siły gospodarczej?
DT: Nie wiem czy można to nazwać pozycją dominującą, ale myślę, że zjednoczony rynek europejski to jedyny sposób, by Europa obroniła swój dorobek intelektualny. Europa zyska, jeśli będzie potrafiła utrzymać swoje możliwości w zakresie badań i rozwoju. Jeśli przyjrzeć się bliżej obecnej sytuacji w tym zakresie, to głównym zagrożeniem dla Europy jest Azja Południowa, szczególnie Indie. Z kolei Polska, Węgry, a także inne nowe kraje członkowskie są ważnymi centrami rozwoju intelektualnego w unii, dają jej większą szansę na utrzymanie silnej pozycji w światowej gospodarce.
KK: W celu przyjęcia euro Polska musi w najbliższych latach zdecydowanie zmniejszyć deficyt budżetowy. W jakich dziedzinach, Pana zdaniem, będzie to najłatwiejsze do przeprowadzenia i jakie pociągnie za sobą skutki społeczne?
DT: Niemodnie, spotykając się z częstą opozycją ze strony polskich ekonomistów, prezentuję pogląd, że im dłużej Polska pozostanie poza strefą euro, tym lepiej jej to posłuży. Polska gospodarka jest wciąż za mało rozwinięta, by poradzić sobie z restrykcjami, jakie niesie za sobą przyjęcie euro. Nie mówię, że Polska nie powinna nigdy przyjąć euro, jednak nie ma potrzeby, by się spieszyć. Co więcej, w bardzo szybko rozwijającej się polskiej gospodarce w ramach unii rząd musi mieć na tyle elastyczności, by mógł wpływać na stopy procentowe i deficyt budżetowy, choćby po to, by mieć finanse potrzebne do spożytkowania funduszy strukturalnych. Jak wiadomo, wykorzystanie środków z tych funduszy wymaga wyłożenia wkładu własnego. Kontrolując deficyt budżetowy i utrzymując go na wymaganym poziomie, w wielu przypadkach niemożliwe może się okazać znalezienie odpowiednich środków. W nieunikniony sposób wykorzystanie tych funduszy spadnie do 50-60 proc. potencjału, a to oznacza mnóstwo inwestycji, które Polska straci. Dlatego moim poglądem od zawsze było spokojne podejście do przyjęcia euro. Jeśli Polska nie przyjmie wspólnej waluty przed 2010-2011 r., to nie sprawi krzywdy gospodarce. o wiele ważniejsze jest, by koncentrować się na odpowiednich sposobach wykorzystania funduszy, niż na szukaniu cięć w budżecie.
KK: Dlaczego, Pana zdaniem, mimo stosunkowo dużego wzrostu gospodarczego w Polsce nie poprawia się sytuacja na rynku pracy, a stopa bezrobocia jest najwyższa spośród krajów wspólnoty?
DT: Warto zwrócić uwagę, że Polska się zmienia. Mieszkam tu od 1989 r. i sam widziałem przemiany ostatnich 17 lat. Polska produkcja przemysłowa przeszła od wykorzystania technologii średnio zaawansowanej do wyższej, nowoczesnej. Wyższa technologia została zaprojektowana na Zachodzie i z tego powodu wymaga mniej ludzkiej pracy. Dlatego rozwój przemysłowy Polski nie zaabsorbował siły roboczej, która stała się zbędna w procesie restrukturyzacji podstaw gospodarki. Aby ta siła robocza znalazła wykorzystanie, potrzeba będzie dużo więcej miejsc pracy w obszarze wysokiej technologii. Z jednym wyjątkiem, którym jest sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Za jego problemy chciałbym obarczyć winą każdego ministra finansów, poczynając od Leszka Balcerowicza. Każdy z nich nie zrobił praktycznie nic dla sektora MSP. A jeśli spojrzeć na Europę, to sektor MSP jest zdecydowanie największym pracodawcą ze wszystkich sektorów gospodarki. Jednak polskie rządy systematycznie go ignorowały i nie zrobiły nic, by pomóc mu istnieć, nie mówiąc już o rozwoju i wzroście. Optymistyczny jest fakt, że deklaracje obecnego rządu wskazują, że problem został dostrzeżony i istnieje wola, by coś z nim zrobić. Jest to pierwszy polski rząd, który przyznał, że problem istnieje.
KK: Nie od dziś wiadomo, że wielką szansą na sukces gospodarczy jest specjalizacja. Czy są jakieś dziedziny, w których polscy przedsiębiorcy powinni się specjalizować?
DT: Ogromną szansą dla Polski jest biotechnologia, generalnie cały sektor farmaceutyczny, w tym także medycyna ziołowa. Także wszystko, co związane jest z rolnictwem. Polskie rolnictwo jest wciąż niezniszczone przez nadmierne użycie sztucznych środków chemicznych. Ten niemal dziewiczy obszar może zostać spożytkowany do wytworzenia produktów o niezwykle dużej wartości - żywnościowych lub innych używanych w różnych sferach biotechnologii. Polska musi skupić się na tym i rozwijać ten obszar, gdyż w Zachodniej Europie nie ma już terenów, gdzie można by to robić. Tam ziemia uprawna jest już skażona. To duża szansa dla Polski. W Polsce sektor finansowy wciąż jest za mało rozwinięty, brakuje funduszy venture capital, szczególnie dla przedsiębiorstw spoza głównego nurtu. Np. firmy telekomunikacyjne relatywnie łatwo znajdują dostęp do kapitałów. Biotechnologia - nie. Dobry przykład dał Rryszard Krauze i inni, którzy przy użyciu relatywnie niskich nakładów pieniężnych pokazali, co można osiągnąć.
KK: Wielka Brytania jest jednym z trzech krajów starej Unii, który nie zastąpił lokalnej waluty euro. Przedstawione przez brytyjskiego ministra finansów Gordona Brona tzw. 5 testów, mających ocenić czy Wielka Brytania jest gotowa do przyjęcia euro, praktycznie oznacza, że nigdy nie zostanie ono przyjęte w tym kraju. Czy podziela Pan tę opinię?
DT: Moje osobiste zdanie jest takie, że wprowadzenie euro w Wielkiej Brytanii będzie niezwykle trudne przede wszystkim ze względów politycznych. Wielka Brytania zawsze była krajem eurosceptycznym. W UE ogólnie mamy fundamentalną dychotomię: jedna frakcja państw uważa, że wspólnota europejska jest właściwie formą Stanów Zjednoczonych, takich jak USA, a obecna forma integracji to jedynie stadium przejściowe, które kiedyś doprowadzi do powstania unii politycznej. Z drugiej strony mamy kraje, które dołączyły do UE z powodów gospodarczych i nie odczuwają żadnej potrzeby bycia częścią unii politycznej. Zdarzenia związane z próbami wprowadzenia konstytucji europejskiej pokazały, że ludność Europy nie podziela wizji tej pierwszej grupy, przynajmniej jeszcze nie. Może minąć wiele lat, zanim to się stanie. Ludność Wielkiej Brytanii nigdy nie podzielała tej wizji. Przyjęcie euro mogłoby stać się faktem dopiero, gdyby społeczeństwo przyjęło tę wizję zjednoczonej Europy. W umyśle Brytyjczyka te dwie rzeczy idą ręka w rękę. Dlatego nie wiem, jak długo może potrwać okres, zanim euro zostanie przyjęte.
KK: Co sądzi Pan o 2013 r. jako realnej dacie przyjęcia w Polsce euro? Ze względów politycznych w 2013 r. może być to łatwiejsze, gdyż powinien to być moment objęcia rządów przez nowy parlament.
DT: Przed przyjęciem euro trzeba przez dwa lata należeć do systemu ERMII. Idąc po linii tego polityczno-wyborczego argumentu, decyzja o przystąpieniu do ERMII też musiałaby zapaść tuż po powstaniu nowego parlamentu, by negatywne reakcje społeczne nie zaszkodziły politykom w ponownym sukcesie wyborczym. Sytuacja jest więc trudna. Uważam, że przy wprowadzaniu euro nie powinna być ważna obawa polityków o ich własną przyszłość. Zamiast tego powinni jasno wyjaśnić społeczeństwu, jakie są korzyści z przyjęcia wspólnej waluty oraz gdzie leżą potencjalne zagrożenia. Jestem pewien, że inteligentne polskie społeczeństwo rozważy wszystkie „za” i „przeciw” i podejmie decyzję.
KK: A co zwyczajny Brytyjczyk wie o Polsce? Jak ją postrzega?
DT: Brytyjczycy postrzegają Polskę poprzez pryzmat Polaków, którzy pojawiają się na Wyspach. Po drugiej wojnie światowej i heroicznej walce o obronę Wielkiej Brytanii i Polski na wyspach zostało wielu Polaków. Byli postrzegani jako bardzo romantyczni i łatwo wpasowali się w społeczeństwo. Czystki stalinizmu i inne niezwykle negatywne zdarzenia i zjawiska wygenerowały mnóstwo negatywnych odczuć względem Polski u emigrantów, a tym samym - u rdzennych mieszkańców Wielkiej Brytanii. W ciągu ostatnich 15 lat to wszystko w dużej mierze się zmieniło, a nowa fala Polaków, którzy przybywają do Wielkiej Brytanii po otwarciu rynku pracy przysporzy Polsce bardzo dobrej reputacji, nawet w większym stopniu niż korzyści ekonomicznych. Polacy mają bardzo dobrą opinię. Są postrzegani jako pracowici i dobrze wyedukowani. W Wielkiej Brytanii zatrudnia się ich z wyboru, nie z konieczności. Mam nadzieję, że wraz z rozwojem turystyki w Polsce jeszcze bardziej wzrośnie jej znajomość. Wspaniałym ambasadorem tego, czym jest Polska i polskość był papież Jan Paweł II. Niestety, w Wielkiej Brytanii media często skupiały się bardziej na konserwatyzmie jego poglądów, niż na niezwykle pozytywnym przesłaniu, jakie głosił o człowieku i jego życiu społecznym.
KK: Anglia wielu mieszkańcom Polski kojarzy się z bankierami w melonikach oraz londyńskim City. Warszawska Giełda Papierów Wartościowych zamierza wziąć udział w konsolidacji rynków kapitałowych regionu. Czy Warszawa ma szansę stać się stolicą finansjery Europy Środkowo-Wschodniej?
DT: Sektor finansowy zyskuje coraz bardziej globalny charakter, bardziej niż jakikolwiek inny sektor gospodarki. Dlatego też szanse dla regionów są bardzo małe i zamierają. Regulacje dotyczące świadczenia usług finansowych pozwalają brokerowi prowadzić działalność na dowolnej giełdzie, dlatego same giełdy nie będą już tak ważne. Po przyjęciu euro czemu mielibyśmy handlować tylko w Warszawie, a nie także na wielu innych rynkach? Polska ma przewagę nad innymi krajami regionu z uwagi na rozmiar swojego rynku funduszy emerytalnych i inwestycyjnych. Jednak one także będą mogły inwestować na całym rynku europejskim. Polski rząd ani nikt inny nie będzie w stanie im przeszkodzić. Co więcej, średni fundusz inwestycyjny w Wielkiej Brytanii jest większy niż cały polski rynek funduszy, a to mówi coś o skali problemu i sensie walki o przewodzenie lokalnemu rynkowi. Polski rynek finansowy powinien skupić się na działaniach na terenie własnego kraju i obszarach sąsiednich (Węgry, Czechy, Słowacja). Tutaj może konkurować z Londynem, gdyż zna to terytorium lepiej i ma przewagę. Ale ta nie polega na ilości pieniędzy czy prymacie giełdy w Warszawie, lecz dotyczy biznesu pozagiełdowego - rynku nieruchomości oraz funduszy venture capital i im podobnych. Firmę stworzoną przy ich pomocy można potem sprzedać na dowolnym rynku na świecie, np. w Warszawie, ale także w Londynie, Paryżu, USA czy Japonii, co będzie bardzo łatwe dzięki globalizacji rynku finansowego.
KK: Wielu inwestorów, planując współpracę międzynarodową, zapomina o zabezpieczaniu się na wypadek ryzyka walutowego. Przy tak dużej niestabilności politycznej i wahaniach kursów walut coraz częściej ponoszą straty na kontraktach denominowanych w walutach. Czy Izba w tym zakresie stara się jakoś pomagać zarówno eksporterom, jak i importerom?
DT: Izba sama w sobie nie oferuje gotowych produktów zabezpieczających, ale stara się edukować w tym zakresie wszystkich członków i inne firmy, które zgłoszą na to zapotrzebowanie. Jednak za to, że wiele polskich przedsiębiorstw nie zabezpieczało się wtedy, gdy powinno, winą można obarczać polski rynek finansowy, który długo nie oferował odpowiednich produktów, dopasowanych do potrzeb polskich firm. Teraz także instytucje finansowe powinny pracować na ofertą nowych, specjalnie zaprojektowanych produktów, które odpowiadałyby potrzebom polskich przedsiębiorców. Jeśli nic takiego się nie stanie, to w przyszłości nawet transakcje zabezpieczające kwoty 50 000 euro będą dokonywane bezpośrednio w Londynie, a nie w Polsce, jak dziś dzieje się w przypadku wielu kwot o wielokrotnie wyższej wartości.
KK: Wraz z rozwojem polskiego rynku usług finansowych coraz więcej międzynarodowych instytucji oferuje swoje usługi. Na co powinniśmy zwracać uwagę, powierzając swoje środki w zarządzanie?
DT: Kluczowym pojęciem dla inwestora powinna być dywersyfikacja portfela. Środki powierzane w zarządzanie należy dzielić między inwestycje o niskim, średnim i wysokim ryzyku. Jeśli posiadamy odpowiednie środki, możemy sami lokować je na rynku. Jednak jeśli jest ich zbyt mało, należy zwrócić uwagę na fundusze inwestycyjne, które dokonają dywersyfikacji za nas, inwestując w bardzo szeroki wachlarz instrumentów, a nawet nie tylko na rynku krajowym, ale też na rynkach zagranicznych.
KK: A jak Pan zarządza swoimi oszczędnościami?
DT: Około jedną trzecią swoich pieniędzy powierzam w zarządzanie pośrednikom finansowym, a dwoma trzecimi obracam sam, inwestując w długiej perspektywie dwóch, trzech lat. Posiadam udziały w funduszach inwestycyjnych, akcje konkretnych spółek, nieruchomości w wielu krajach oraz depozyty pieniężne. Staram się inwestować w szeroką gamę instrumentów, by nie wystawiać się na niepotrzebne ryzyko. Dlatego też nigdy nie wierzę spółkom, które obiecują niesamowite zyski w krótkim czasie. W Wielkiej Brytanii mówi się, że nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad - za obietnicami nadzwyczajnego zysku musi iść nadzwyczajne ryzyko. Wybierając do inwestycji konkretne spółki, zawsze zwracam też uwagę na ich wielkość. Nigdy nie kupuję akcji największych przedsiębiorstw. Uważam, że ich zarządy nie są w stanie śledzić tego, co dzieje się w całym przedsiębiorstwie i trzymać stale ręki na pulsie. Jeśli tak twierdzą, to albo oszukują siebie, albo inwestorów. W dużych firmach wiele pieniędzy jest marnotrawione. Dla mnie idealne spółki do inwestycji, to takie, w których 3 - 5 osobowy zarząd będzie potrafił efektywnie czuwać nad całością biznesu.
KK: Dziękuję za rozmowę
David Thomas: Przewodniczący Brytyjsko Polskiej Izby Handlowej. Od 2002 r. stoi na czele Rady Brytyjsko Polskiej Izby Handlowej. Jest także Przewodniczącym Zrzeszenia Międzynarodowych Izb Handlowych (IGCC), organizacji skupiającej wiodące izby handlowe, utworzonej w celu umożliwienia pozytywnego dialogu pomiędzy inwestorami państw Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych a polskim rządem. Od 1989 r. pracował w Polsce dla Coopers & Lybrand, Schroders i ING. W latach 1999 - 2004 był szefem Bankowości Komercyjnych i Inwestycyjnej HSBC w Polsce, odpowiadał za operacje firmy w Polsce zarówno w zakresie bankowości inwestycyjnej, jak i biura maklerskiego. Doprowadził HSBC do czołowej pozycji w sektorze obsługi corporate finance i equity capital markets. Ma wieloletnie doświadczenie doradcze w realizacji transakcji w Polsce, zdobyte we współpracy z ministerstwami oraz klientami komercyjnymi, m.in. przy prywatyzacjach i pierwszych ofertach publicznych takich firm jak: Elektrim, Exbud, BIG Bank, Żywiec, TP SA, PKO BP i PGNiG. Było doradcą m.in.: BAT Group, ING Group, Netia Telecoms oraz LNM. Od 2005 r. prowadzi własną firmę „Financier”, notowaną na parkiecie AIM giełdy w Londynie.




























































