Od lokalnego szczytu do styczniowego dołka dolarowe ceny złota obniżyły się w sumie o 8,1%. W tym czasie tzw. duzi spekulanci działający na nowojorskiej giełdzie towarowej intensywnie zamykali długie pozycje w kontraktach na złoto, a drobni inwestorzy pozbywali się jednostek w funduszach ETF. W styczniu tylko największy z nich – SPDR Gold Trust- aby zdobyć gotówkę dla odchodzących klientów musiał sprzedać 47,35 ton złota.
Inwestorzy porzucali żółty metal, uwiedzieni wizją przyspieszającego wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych, rosnących zysków przedsiębiorstw i giełdowej hossy. Stąd wzięła się zdrowa spadkowa korekta, a złoto wyszło z zasięgu zainteresowania mediów (także tych finansowych).
Na początku lutego sytuacja zaczęła się jednak odwracać. Zaangażowanie tzw. dużych spekulantów spadło do najniższego poziomu od maja 2009 roku, co można traktować jako objaw poważnego wyprzedania rynku. Równocześnie pieniądze inwestorów znów zaczęły napływać do ETF-ów: w ciągu minionego tygodnia SPDR Gold Trust zwiększył swój stan posiadania o 1,7 tony złota.
Wydaje się więc, że część inwestorów „przypomniała” sobie o trwającym (choć utajonym) kryzysie w strefie euro, ryzyku politycznym na Bliskim Wschodzie, problemach w Chinach czy w końcu o przyspieszającej wszędzie na świecie inflacji. Na te wszystkie zagrożenia dobrym zabezpieczeniem pozostaje złoto, którego ceny od 11 lat znajdują się w silnym trendzie wzrostowym.
Tymczasem we wtorek o godzinie 14:55 za uncję złota płacono 1.361,27 dolarów, czyli o 0,7% więcej niż dzień wcześniej. Licząc według średniego kursu NBP 31,1 gram złotego kruszcu byłoby warte 3.875,67 złotych, czyli o 1% więcej niż w poniedziałek.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl

























































