Przewidywanie kursów walutowych przypomina wróżenie z fusów, lecz akurat polski rynek walutowy wykazuje dość wyraźną sezonowość. A ta akurat źle wróży złotemu w perspektywie następnych kilkunastu tygodni.


Od roku 2005 najniższy w danym roku kurs euro względem złotego w 7 na 11 przypadków obserwowano w styczniu, kwietniu bądź w grudniu. Co ciekawe, również w 7 na 11 przypadków w tych samych miesiącach notowano roczne maksima na parze euro-złoty.
W 2015 roku roczne minimum EUR/PLN wypadło w kwietniu, a maksimum w grudniu (nieznacznie przebijając styczniowy szczyt).
Póki co podobny schemat widzimy w roku bieżącym. W styczniu po ścięciu polskiego ratingu przez agencję Standard&Poor’s euro kosztowało już nawet ponad 4,51 zł, co jak na razie jest tegorocznym maksimum. Najniższą cenę wspólnotowej waluty zaobserwowano na początku kwietnia (4,2263 zł). Czy to oznacza, że w tym roku euro tańszego niż 4,22 zł już nie zobaczymy?
Waluty drożeją wiosną
Umocnienia złotego nie można wykluczyć. Jednak w ciągu najbliższych kilku tygodni byłby to statystycznie mało prawdopodobny scenariusz. Dlaczego? To kwestia sezonowości. W ciągu poprzednich 16 lat kurs EUR/PLN na ogół rósł od maja do września, z przerwą na silną spadkową korektę w lipcu.
Miesiącami sprzyjającymi złotemu, obok lipca, były za to luty, kwiecień oraz październik. Marzec i listopad były neutralne, natomiast grudzień był szalenie nieprzewidywalny, ale per saldo minimalnie korzystny dla polskiej waluty. Jak na razie rok 2016 dość dobrze wpisuje się w sezonowe wzorce: mieliśmy osłabienie złotego w styczniu, umocnienie w lutym i bardzo mocny okres okołowielkanocny.
Jeśli ten sezonowy schemat miałby się utrzymać przez resztę roku, to teraz nadchodzi czas na wiosenną korektę (zwaną też „korektą dywidendową”), lipcowy rajd złotego i wakacyjną słabość polskiej waluty, ale raczej z kursem EUR/USD nie wyższym niż 4,51 zł. Na tańsze waluty teoretycznie moglibyśmy liczyć dopiero późną jesienią.
























































