Janosik jest uważany za polskiego Robina Hooda. Nieważne, że był Słowakiem. Nieważne też, że wcale nie był pozytywnym bohaterem, lecz pospolitym bandytą. Liczy się tylko jego legenda, według której dokonywał sprawiedliwej redystrybucji dóbr - okradał bogatych właścicieli ziemskich, a łup dzielił pomiędzy biednych chłopów.
Współczesnym polskim Janosikiem jest budżet państwa. Zabiera on pieniądze gminom zamożnym, a daje ubogim. Dzieje się tak za sprawą przymusowej daniny samorządów.
"Podatek janosikowy" to obowiązkowa wpłata do budżetu państwa dokonywana przez bogate samorządy. Później państwo rozdziela te pieniądze na rzecz biedniejszych gmin. Wysokość wpłaty ustala się na podstawie procenta przychodów województwa sprzed dwóch lat w stosunku do bieżącego roku. "Janosikowe" płacą te gminy, których dochody w przeliczeniu na jednego mieszkańca przekraczają 150% przeciętnego wynagrodzenia.
W przyszłym roku "Janosiki" wspomogą biedniejsze rejony Polski kwotą 2,4 mld zł. Najwięcej, bo ponad 800 mln zł, wpłaci Warszawa. Poznań odda ok. 84 mln zł, Kraków - 61 mln zł, Wrocław - 59 mln zł, Polkowice - 24 mln zł. Wśród województw najwięcej odda mazowieckie - ponad 600 mln zł - a później dolnośląskie - 26 mln zł.
Podobno Polska jest krajem wolnych ludzi
Rozwiązanie to funkcjonuje od 2003 roku. Powstało po to, aby bogate samorządy z dużym dochodem pomogły utrzymać się tym gminom, których dochody są bardzo niskie. Odwołano się przy tym do idei solidarności i zrównoważonego rozwoju. W dużym skrócie nie miało być tak, że w jakimś mieście buduje się kosmodrom, a we wsi 100 km dalej dzieci wracają zimą ze szkoły po nieoświetlonej i nieodśnieżonej drodze. Z drugiej strony teoretycznie Polska jest krajem wolnych ludzi. Nic nie stoi na przeszkodzie, by ludzie z biednych gmin przenosili się w rejony bogatsze, z lepszymi perspektywami na przyszłość.
Płatnicy "podatku janosikowego" coraz głośniej protestują przeciw tej daninie. Samorządy zaangażowane w akcję STOP Janosikowe prześcigają się w wyliczeniach inwestycji, jakie mogłyby zrealizować, gdyby nie musiały dzielić się swoimi dochodami. 61 mln zł to 61 orlików, 59 mln zł to kilkanaście nowych tramwajów, a 800 mln zł to ok. 10% wartości kontraktu na budowę II linii metra. Nie mówiąc o tym, że środki te można zaoszczędzić lub spłacić nimi część zaciągniętego długu.
Recykling podatkowy zatacza koło
Kwestia solidarności ma dwa oblicza. Teoretycznie przyjezdni z biedniejszych gmin nie płacą podatku dochodowego w metropoliach, w których pracują. Jednak pośrednio płacą tam inne podatki. Przykładowo: czynsz za wynajęte mieszkanie składa się na dochód właściciela nieruchomości, który już płaci podatek bezpośrednio. Innymi słowy przyjezdni z obdarowywanych miast składają się na wyższe dochody bogatych samorządów. W pewnym sensie "janosikowe" to zwrot tych środków.
Wszystko zależy od podejścia. Bogate samorządy skarżą się, że tracą potencjał inwestycyjny. Wyliczanka na orliki nie ma jednak żadnego uzasadnienia, jeśli miasto zadłuża się do granic możliwości. Czy musiałoby się zadłużać, gdyby "janosikowego" nie było? Szczerze wątpię, bo akurat kredyt to sprawdzony sposób na realizację obietnic wyborczych.
Z kolei zwolennicy obecnego rozwiązania twierdzą, że jeżeli nie będzie transferu od bogatych do biednych, to wiele peryferyjnych gmin spowiją ciemności. Kiedyś wysiłkiem całego narodu odbudowano Warszawę, ale pozostały takie rejony Polski, które do dziś wymagają odbudowy. Pomoc biedniejszym gminom to w pewnym sensie inwestycja w bogatszych "przyjezdnych". Bo to, że ci przyjadą do wielkich miast, jest raczej oczywiste.
Mogą, ale nie muszą
Nie jest wykluczona zmiana ustawy. Być może nie powinna mieć miejsca sytuacja, kiedy jakaś gmina jest całkowicie uzależniona od dotacji i nie potrafi tego zmienić. Ograniczenia czasowe w dotowaniu biednych gmin mogłyby przynieść pozytywne efekty i wymusić na nich większą aktywność. A może bogate samorządy powinny wybierać sobie "partnerów", którym przelewałyby pieniądze bezpośrednio na konto? To byłoby bardzo ryzykowne, ale ciekawe. Zupełnie jak z Janosikiem, który mógł, ale nie musiał.
Łukasz Piechowiak

































































