Jeśli prezydent Donald Trump będzie stawiał warunki Arabii Saudyjskiej, domagając się m.in. tego, by nawiązała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, to jej program nuklearny stworzą Chiny; USA przeceniają skalę wpływu, jaki mają na Rijad - ocenił w czwartek w „Washington Post” saudyjski komentator Ali Shihabi.


W ubiegłym tygodniu Stany Zjednoczone podpisały z Arabią Saudyjską porozumienie o cywilnym programie nuklearnym, które miało zapewnić Ameryce główną rolę w rozwoju tego przedsięwzięcia. Zaledwie dzień później Trump oświadczył, że umowa ta jest uzależniona od dołączenia Rijadu do Porozumień Abrahamowych, czyli od normalizacji stosunków tego kraju z Izraelem. Ponadto zastrzegł, że porozumienie przewiduje jedynie współpracę w dziedzinie cywilnej energetyki jądrowej i nie będzie obejmować wzbogacania uranu - przypomniał Shihabi, autor komentarzy i książek dotyczących polityki Rijadu i państw arabskich.
Postawa Trumpa grozi tym, że USA nie zrealizują strategicznego celu w tej kwestii; jeśli bowiem prezydent stawia Rijadowi warunki, to Arabia Saudyjska może po prostu zwrócić się do partnera, który nie ma takich wymogów, czyli do Chin - ostrzegł autor.
Saudyjskie królestwo posiada złoża uranu, dlatego naturalną sprawą jest to, że chce rozwinąć swe możliwości techniczne i wartości dodane związane z posiadaniem przemysłu nuklearnego. Waszyngton postrzega jednak wzbogacanie materiału rozszczepialnego jako przywilej, który może Arabii Saudyjskiej dać bądź go odmówić - zauważył komentator.
Podkreślił, że Chiny rzadko warunkują współpracę gospodarczą ustępstwami z zakresu polityki zagranicznej partnera, a oferta Pekinu dotycząca porozumienia o rozwijaniu programu nuklearnego nie wiązałaby się z żądaniem uznania Izraela.
Saudyjczycy wielokrotnie dawali jasno do zrozumienia, że uzależniają akces do Porozumień Abrahamowych od zgody Izraela na utworzenie państwa palestyńskiego. Próba uzależnienia umowy z USA od ustępstw, których Amerykanie nie uzyskali od Arabii Saudyjskiej na drodze dyplomacji, „wygląda mniej na współpracę, a bardziej na przymus”. To nie skłoni królestwa do rezygnacji z programu nuklearnego, a jedynie przekona go do zmiany partnera w tym przedsięwzięciu - skonkludował Shihabi.

Również w czwartek Reuters zwrócił uwagę, cytując źródła z krajów regionu Zatoki Perskiej, że teraz, gdy państwa te uznały, iż przebieg wojny z Iranem „ujawnił granice amerykańskiej potęgi”, ich rządy liczą na to, że to Chiny zdołają wywrzeć wystarczającą presję na Iran i jego sojuszników, by otworzyć szlaki morskie przez cieśninę Ormuz i Morze Czerwone.
Chińscy dyplomaci mnożą od pewnego czasu kontakty z państwami regionu i jeszcze w tym roku, choć data nie jest znana, ma się odbyć kolejny szczyt Chiny - państwa Zatoki - przypomniała agencja.
Publicysta „Washington Post” i CNN Fareed Zakaria napisał niedawno, że beneficjentem wojny USA z Iranem są Chiny; konflikt dzieli bowiem Bliski Wschód na dwa obozy, a większy z nich, z Arabią Saudyjską na czele, wybiera zbliżenie z Pekinem. (PAP)
fit/ rtt/



























































