Trzy główne nowojorskie indeksy w czwartek wykręciły nowe rekordy wszech czasów. Pretekstu do wzrostów dostarczyło jedno słowo prezydenta Trumpa. Brzmiało ono: „podatki”. Cała reszta była już tylko zamykaniem krótkich pozycji.


„Obniżanie ogólnego obciążenia podatkowego amerykańskiego biznesu jest wielką sprawą” - chlapnął podczas spotkania z szychami branży lotniczej prezydent USA. Czyli żadnych konkretów. Obiektywnie rzecz biorąc nic ważnego nie zostało powiedziane. A jednak wystarczyło.
Po tej wypowiedzi ceny akcji zaczęły rosnąć, ceny obligacji spadać, dolar się umocnił, a złoto potaniało. Finalnie Dow Jones zyskał 0,59%, a S&P500 i Nasdaq po 0,58%. Rzecz jasna, wszystkie trzy wyznaczyły nowe rekordy wszech czasów. Była to 43. sesja z rzędu, podczas której S&P500 nie zmienił się o więcej niż 1% i 84. sesja bez spadku o przynajmniej 1%.
Optymiści cieszą się, że po tygodniach technicznej flauty S&P500 wybił się powyżej 2.300 punktów. Sceptycy jednak stwierdzą, że to jeszcze niczego nie oznacza, a nadzieje związane z prezydentem Trumpem wciąż pozostają w sferze spekulacji.

Za to faktem są całkiem przyzwoite wyniki amerykańskich spółek. Rezultaty za czwarty kwartał przedstawiło już 70% firm tworzących indeks S&P500. Średnio odnotowały one wzrost zysku na akcję o 8,5%, co jest najlepszym wynikiem od ponad dwóch lat.
Na tym froncie spektakularną porażkę zaliczył Twitter, którego przychody odnotowały najwolniejszy wzrost w sięgającej niemal czterech lat giełdowej historii. Akcje Twittera przeceniono o ponad 12%.
Krzysztof Kolany



























































