Kolejna lutowa sesja na Wall Street wyglądała podobnie: trzy główne indeksy stały w miejscu, tuż poniżej niedawno ustanowionych historycznych rekordów. Rynek czeka na finał sezonu raportów kwartalnych spółek oraz kluczowe decyzje ekonomiczne Donalda Trumpa.


Od wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych właśnie minęły trzy miesiące. Po elekcji Donalda Trumpa inwestorzy z Wall Street wpadli w euforię, wynosząc nowojorskie indeksy na historyczne szczyty. Przez ostatnie trzy miesiące Dow Jones urósł o 9,4% i przełamał barierę 20.000 punktów. S&P500 poszedł w górę o 7,3%, Nasdaq o 9,4%, a Russell2000 o 13,7%.
Lecz zdecydowana większość powyborczej zwyżki została wypracowana w ciągu miesiąca od wyborów. Od połowy grudnia indeksy praktycznie stoją w miejscu, raz na jakiś czas wyskakując lekko w górę i poprawiając rekordy wszech czasów. Jednakże zasadniczy obraz sytuacji można podsumować jednym słowem: flauta.
Skalę tego noworocznego marazmu chyba najlepiej oddaje ta statystyka: S&P500 odnotował 42 sesji z rzędu bez dziennej zmiany o więcej niż 1% i 82 sesje z rzędu bez spadku o przynajmniej 1%.
Takie zachowanie rynku ma jednak przynajmniej kilka sensowych wytłumaczeń. Najbardziej popularne brzmi, że inwestorzy w napięciu czekają na realizację najistotniejszych przedwyborczych obietnic. I nie chodzi tu o mur z Meksykiem, lecz o szeroko zakrojoną obniżkę podatków, deregulację, likwidację tzw. Obamacare i program inwestycji infrastrukturalnych finansowany przyspieszonym wzrostem zadłużenia publicznego.
Równocześnie cały czas trwa kolejny sezon serialu pt. wyniki kwartale amerykańskich spółek. Póki co rozwój akcji przebiega po myśli inwestorów. Według Reutersa spółki z S&P500, które jak dotąd zaraportowały wyniki za czwarty kwartał, odnotowały wzrost zysku na akcję średnio o 8,3%. To (jak zwykle) lepiej, niż oczekiwano i (jak na razie) najlepszy wynik od trzeciego kwartału 2014 roku.
Krzysztof Kolany

























































