Ostatnie 24 godziny przyniosły nagłe i zdecydowane umocnienie polskiego złotego. Kurs euro spadł o 9 groszy i z hukiem wyłamał się z dwumiesięcznej konsolidacji. Dynamika tego ruchu była jednak tak duża, że złoty wyczerpał większość swojego potencjału.


Jeszcze wczoraj rano kurs euro zmagał się z barierą 4,50 zł. To dolne ograniczenie kanału, w którym kurs EUR/PLN poruszał się po marcowym wystrzale. I gdy ta bariera pękła, cena wspólnotowej waluty w ciągu kilku godzin obniżyła się do niespełna 4,43 zł.
[Aktualizacja 10:03] W środę o 10:03 kurs euro kształtował się na poziomie 4,4189 zł, a więc o ponad grosz poniżej kursu odniesienia. To najniższy kurs euro od 16 marca. W ten sposób para euro-złoty wyczerpała większość teoretycznego potencjału spadkowego (czyli 10-groszowy przedział konsolidacji).
Wyraźnie potaniały także pozostałe główne waluty. W środę rano za dolara amerykańskiego trzeba było zapłacić 4,0253 zł, a więc o 1,5 grosza mniej niż dzień wcześniej.
Frank szwajcarski był wyceniany na 4,15 zł. To o prawie trzy grosze niżej niż w środę, gdy notowania pary frank-złoty spadły do najniższego poziomu od połowy marca. Poniżej 5 zł znalazły się notowania funta szterlinga – brytyjską walutą w środę rano handlowano po niespełna 4,95 zł.

Zdaniem analityków to poprawa globalnych nastrojów inwestycyjnych odpowiadała za wtorkowy rajd złotego. W otoczeniu silnych wzrostów na rynkach akcji zagraniczni inwestorzy chętniej kupują ryzykowne aktywa, np. takie jak waluty krajów rozwijających się. Swoje znaczenie może mieć też zmiana przekonania rynku co do przyszłych decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Pojawiły się spekulacje, że nie będzie już obniżek stóp procentowych w Polsce. Najbliższe posiedzenie RPP odbędzie się już w czwartek.
Morawski: Powody do najczarniejszego pesymizmu zostały ograniczone
Oto kilka przyczyn, które mogły doprowadzić do wzrostu optymizmu na rynkach. Nie rozstrzygam, która jest istotniejsza - pisze Ignacy Morawski ze Spotdata.pl.
Po pierwsze, choć przebieg epidemii nie odbiega od prognoz sprzed kilku tygodni, to znoszenie restrykcji w ruchu ludności jest w niektórych miejscach nieco szybsze. Na przykład, Włochy zapowiedziały, że już od pierwszych dni czerwca otworzą szerzej granicę i zniosą nakaz kwarantanny dla przyjezdnych. To oczywiście może nieść ze sobą zarówno szanse jak i ryzyka.
Po drugie, dość szybko spada na świecie liczba nowych przypadków śmiertelnych związanych z COVID-19, co może wywoływać wrażenie, że siła rażenia tej choroby jest mniejsza od prognoz. Im więcej mija czasu, tym wyraźniej widać, że wstrząs na miarę Lombardii, Londynu czy Nowego Jorku powtórzył się w niewielu miejscach na świecie. Biorąc pod uwagę, że siła tzw. lockdownów była bardzo różna, wniosek może być taki, że presję na system szpitalny można opanować.
Po trzecie, rośnie wiara, że banki centralne są w stanie zatrzymać każdą panikę finansową. Napędzają ją m.in. takie wypowiedzi jak przewodniczącego Fed Jeroma Powella, który stwierdził, że nie ma żadnych limitów dla programów pożyczkowych, jakie może uruchomić bank centralny. Wprawdzie daleko jeszcze do wiary, że banki są w stanie pokonać recesję, ale samo zabezpieczenie przed gwałtownymi panikami to istotny czynnik ograniczający premię za ryzyko na rynku.
Istotność każdego z opisanych zjawisk można zakwestionować. Rządy znoszą szybciej restrykcje, ale to może okazać się błędem. Chorobę dało się opanować, ale wiele projekcji pokazuje, że ona może wrócić na dużą skalę. A w warunkach nawracających lockdownów banki centralne mogą być bezsilne. Z tych powodów wydaje mi się mało prawdopodobne, że wyceny na rynkach finansowych wrócą do poziomów z lutego - żyjemy jednak w innym świecie i nie prędko się to zmieni. Ale zakładając, że "tłum" (czytaj: rynek) coś wie i tej wiedzy nie warto lekceważyć, widać, że powody do najczarniejszego pesymizmu zostały ograniczone.KK/Ignacy Morawski/Spotdata



























































