Eksplozja północnokoreańskiej bomby wodorowej sprawiła, że dolarowe ceny złota znalazły się najwyżej od września 2016 roku. To przejaw wzrostu awersji do ryzyka wśród inwestorów.


Chyba mało kto wyobraża sobie wojnę nuklearną na Półwyspie Koreańskim, lecz mimo to każda kolejna próba atomowa Pjongjangu zwiększa napięcie geopolityczne i wprawia uczestników rynków finansowych w pewną konsternację. Niby nic się nie dzieje, a jednak część inwestorów woli stanąć bliżej wyjścia z systemu...
Takim „wyjściem awaryjnym” od zawsze było złoto. Za każdym razem, gdy Koreańczycy bawili się rakietami globalny lud inwestujący zawracał kapitał w stronę tzw. bezpiecznych przystani: amerykańskich obligacji, japońskiego jena, franka szwajcarskiego... i także (albo przede wszystkim) złota. To już reakcja niemal automatyczna, choć niekoniecznie trwała.
Niemniej jednak w poniedziałek rano kontrakty terminowe na złoto były notowane po kursie 1 342,30 dolarów za uncję, o niemal 1% więcej niż przed weekendem. Zresztą w piątek żółty metal też zyskiwał po rozczarowująco słabych danych z amerykańskiego rynku pracy. W ten sposób dolarowe notowania złota znalazły się najwyżej od niemal roku.
Tego typu geopolityczne awantury rzadko kiedy są trwałym wsparciem dla cen złota. W dłuższym horyzoncie ważniejsze pozostają perspektywy dla inflacji i polityki monetarnej największych banków centralnych. Obecne otoczenie realnie (w Europie wręcz nominalnie!) ujemnych stóp procentowych pozostaje wsparciem dla cen złota, zmniejszając koszt alternatywny posiadania królewskiego metalu.

Zaś w krótkim terminie warto posłuchać analityków technicznych, którzy po wyłamaniu się kursu złota z trwającej pół roku konsolidacji (1.200-1.300 USD/oz.) spodziewali się ataku na zeszłoroczne maksimum (1.375 USD/oz.). Ten scenariusz cały czas pozostaje w grze, ale należy już wziąć poprawkę na postępujące wykupienie rynku zwiększające szanse na pojawienie się spadkowej korekty.




























































