Standardową techniką inwestycyjną jest zarabianie na wzroście wartości inwestycji. Kupujemy ziemię wierząc, że po pewnym czasie jej wartość wzrośnie, co pozwoli nam na sprzedaż z zyskiem. Odkładamy pieniądze na lokacie bankowej, wiedząc, że otrzymamy pieniądze powiększone o odsetki. Kupując obligacje, waluty czy też jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych jesteśmy nastawieni na ich wzrost. Mentalnie myśląc o zysku, myślimy o wzroście. Rośnie – zarabiamy, spada – tracimy.
Rynkiem rządzi prawo równowagi cenowej
Natomiast wartości aktywów, w które możemy zainwestować zmieniają się w obie strony - w danym momencie rosną, by w innym spadać. Rynkiem rządzi prawo równowagi cenowej. Cena ustalana jest przez kupujących i sprzedających. Kupujący podejmuje decyzję o zakupie, gdy wycena danego aktywa wedle jego opinii jest wyższa od obecnej ceny rynkowej, podczas gdy sprzedający podejmie decyzję o sprzedaży dochodząc do wniosku, że obecna cena rynkowa odpowiada jego wartości. Aby nie było za nudno, generalnie opinie uczestników rynku zwykle są niejednolite.
Oczywiście jest to pewne uproszczenie, zdarzają się sytuacje, gdy decyzja o sprzedaży bądź zakupie podejmowana jest z pominięciem analizy wartości aktywa (nagłe potrzeby finansowe mogą skłonić do sprzedaży aktywa po niższej cenie niż wartość wedle opinii sprzedającego), ale tym się nie zajmujemy.
Trochę praktyki
Co możemy zrobić, gdy sądzimy, że wartość danego aktywa osiągnęła już górną granicę swojej wartości i naszym zdaniem w najbliższym czasie nie tylko nie wzrośnie, ale wręcz spodziewamy się korekty wartości jego obecnej ceny? W przypadku standardowych aktywów jedyne co możemy zrobić, to je sprzedać, gdy jesteśmy w ich posiadaniu, bądź poczekać na korektę wartości ceny, jeżeli mamy zamiar zakupu.
Zastanówmy się na drugim rozwiązaniem. Załóżmy, iż sąsiad nasz posiada działkę 1000 m2, której nie planuje sprzedawać. Załóżmy jednak, że mógłby ją nam pożyczyć. Na dwa lata stajemy się jej właścicielem i wystawiamy ją na sprzedaż po 1000zł za metr kwadratowy z opcją odkupu za dwa lata po cenie bieżącej. Jeżeli mieliśmy nosa i za dwa lata cena spadła do 600 zł za m2, odkupujemy po tej cenie ową działkę i oddajemy sąsiadowi – zostaje nam w kieszeni 400 zł z każdego metra. Jeżeli się pomyliliśmy i cena jest wyższa, do każdego metra musimy dopłacić... Proste, prawda? Oczywiście uprościliśmy mocno sytuację, by wyjaśnić mechanizm.
To samo dotyczy innych instrumentów finansowych
Dokładnie takie same możliwości zarabiania na spadkach wartości mamy na akcjach, obligacjach i innych instrumentach na rynkach finansowych. Możemy „założyć” się z innym uczestnikiem rynku, odnośnie kierunku zmiany wartości danego aktywa (możemy zawrzeć kontrakt na instrument bazowy, którym może być indeks – jak na przykład indeks WIG20, mogą być akcje, obligacje na rynku giełdowym, lub pozagiełdowym – popularne „CFD”, czyli kontrakty na różnice, które udostępniają najczęściej brokerzy forexowi), możemy również „pożyczyć” instrument od innego inwestora, którego wartość naszym zdaniem spadnie, sprzedać go, a następnie zwrócić mu, odkupując na rynku po bieżącej cenie – to właśnie nazywamy popularnie „krótką sprzedażą”. Sytuacja na rynkach finansowych jest o tyle prosta, że rolę pośrednika w obu typach transakcji odgrywa nasz broker (dom maklerski), który zarówno udostępnia nam możliwości zawarcia kontraktu z innym uczestnikiem rynku, jak również pośredniczy w transakcji pożyczki instrumentów finansowych.
Jak więc zarabiać na spadkach?
Abstrahując od poziomu komplikacji zagadnienia, generalnie mamy możliwość zarabiania na spadkach. Napisano już wiele mądrych artykułów na ten temat, więc nie będę się powtarzał. Pozwolę sobie jednak przedstawić pewne istotne elementy, które różnią zarabianie na spadkach od zarabiania na wzrostach. Przede wszystkim trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że zarabianie na spadkach jest bardziej zaawansowaną i skomplikowaną techniką, która niesie za sobą pewne ryzyko. Po pierwsze, w przypadku zakupu jakiegoś instrumentu finansowego (na przykład akcji lub obligacji), zwykle płacimy za nie 100% bieżącej ceny, podczas gdy przy kontrakcie, czy pożyczce papierów wartościowych zwykle nasz broker zablokuje nam tylko część realnej ceny tychże papierów, czyli w praktyce, mając dokładnie tą samą kwotę środków, kupimy za nie mniej akcji, niż możemy pożyczyć i sprzedać. Efekt – przy zakupie akcji, mogą one - przy czarnym scenariuszu - spaść do przysłowiowego zera, czyli stracimy zainwestowane pieniądze. W przypadku drugim, jeżeli różnica w cenie będzie duża, saldo na naszym rachunku może być ujemne, czyli poza stratą kapitału możemy zostać wezwani do pokrycia powstałego w ten sposób debetu. Natomiast w pozytywnym przebiegu zdarzeń, zarobek może być większy. Większe ryzyko to większy zarobek, ale też możliwość poniesienia większej straty. Efekt ten nazywamy dźwignią finansową.
W kolejnym artykule pozwolę sobie przedstawić różnice w zarabianiu na spadkach przy wykorzystaniu oby przedstawionych możliwości – krótkiej sprzedaży oraz kontraktów na różnice. Kiedy stosować pierwsze a kiedy drugie rozwiązanie, jakie wiążą się z każdym z nich ryzyka, jakie mamy możliwości i co jest dla kogo.
Wojciech Kaszycki, Członek Zarządu LIST Polska S.A.
Zobacz też:
» Krótka sprzedaż czeka na bessę
» GPW zakwalifikowała do 'krótkiej sprzedaży' akcje 36 spółek i 40 serii obligacji
» Od 1 lipca rusza krótka sprzedaż na GPW
» Krótka sprzedaż czeka na bessę
» GPW zakwalifikowała do 'krótkiej sprzedaży' akcje 36 spółek i 40 serii obligacji
» Od 1 lipca rusza krótka sprzedaż na GPW
Źródło:Informacja prasowa






























































