
Bezstykowe karty są już na rynku, tylko niewielu chce je akceptować - ujawnia "Puls Biznesu".
Są reklamy, jest oczekiwanie na prawdziwy boom w płatnościach zbliżeniowych, lecz największą przeszkodą okazują się być wysokie prowizje. Mogą one nawet przekraczać 20 proc. przy małych transakcjach.
Dopiero płacąc rachunki powyżej 10 zł, opłaty na rzecz banku, organizacji płatniczej i agenta rozliczeniowego wynoszą w sumie od 3 do 5 proc. Niemniej to i tak sporo dla sprzedawcy towaru lub usługi.
Jest już kilka dużych firm, które umożliwiają w swoich sieciach dokonywanie zapłaty za pomocą tego typu kart. Jednak nie ma takiej możliwości np. w największych grupach sklepów wielkopowierzchniowych.

Pewne jest, że ten typ płatności wcześniej, czy później się upowszechni, jednak obniżenie prowizji znacznie by go przyspieszyło - czytamy w "Pulsie Biznesu".(PAP)
kmad/
Komentuje Michał Kisiel, analityk Bankier.pl:Sklep akceptujący płatności kartami płaci za możliwość udostępnienia swoim klientom takiej formy rozliczenia. Warto jednak podkreślić, że tzw. opłaty interchange (ponoszone przez punkty handlowe) nie obciążają bezpośrednio klientów. Sprzedawcy wliczają dodatkowe koszty w ceny sprzedawanych produktów.
Jedną z największych wad kart płatniczych (niezależnie od technologii – zbliżeniowej czy innej) jest ich nieopłacalność dla akceptanta przy transakcjach na niewielkie kwoty. Prowizja płacona przez sklep pochłania wówczas całą marżę zysku handlowca. Nic więc dziwnego, że terminali płatniczych nie widzimy tam, gdzie dominują liczne, ale niskokwotowe transakcje (np. w kioskach). Problem ten rozwiązać mogłyby dopiero systemy pieniądza elektronicznego, takie jak np. funkcjonujący w Holandii ChipKnip, gdzie ekonomiczne podstawy rozliczeń pomiędzy akceptantami a operatorem systemu uwzględniają fakt, że elektroniczna portmonetka używana jest głównie do drobnych płatności.




























































