Przed wyborami ludzie chętnie czytają, a dziennikarze chętnie analizują rozmaite sondaże, które mają pokazać, jak mogą wyglądać wyniki wyborów. Dla wyborcy nie powinny mieć one jednak żadnego znaczenia.


Powodów, dla których nie warto brać pod uwagę sondaży przy podejmowaniu wyborczej decyzji, jest kilka. Warto zacząć od tej z pozoru najbardziej prozaicznej - to tylko sondaż. Doświadczenie pokazuje, że badania opinii publicznej nie zawsze pokrywają się z końcowymi wynikami wyborów. I nie chodzi tutaj tylko o drobne różnice, lecz czasem o fundamentalne kwestie.
Dla potwierdzenia tej teorii warto przytoczyć choćby ostatnie wybory. Opublikowany tuż przed pierwszą turą (7 maja 2015) sondaż Millward Brown wskazywał, że Bronisław Komorowski z 39-procentowym poparciem zmiażdży swoich konkurentów. Późniejszy zwycięzca - Andrzej Duda - uzyskał ledwie 27%. Nie doceniono także elektoratu Pawła Kukiza. Wprawdzie w omawianym sondażu miał on 13-procentowe poparcie, jednak po pierwsze jest to wynik wciąż daleki od 20,8% osiągniętego w wyborach, a po drugie większość wcześniejszych sondaży nie dawała muzykowi szans na dwucyfrowy wynik.
Zmarnowany głos
To nie pierwsza taka sytuacja w historii III RP. Do tej pory najczęściej wspominanym przykładem sondażowej niespodzianki było zwycięstwo Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich w 2005 roku. W badaniach opinii publicznej faworytem był Donald Tusk, któremu dawano nawet 7 punktów procentowych przewagi. Ostatecznie Kaczyński wygrał przewagą 8 punktów.
Sondaże różnią się od wyników wyborów z kilku powodów. Po pierwsze, przeprowadza się je na grupie składającej się najczęściej z około 1000 osób, więc to jedynie statystyka. Po drugie, nie każdy chce odpowiadać na pytania sondażowni, a przecież wśród niechętnych może panować zupełnie inny rozkład głosów niż w gronie chętnych. Po trzecie, wyniki różnią się w zależności od możliwych odpowiedzi, konstrukcji pytania czy samego sposobu obliczania wyników. Ten aspekt jest niedoceniany, jednak często ma on spory wpływ na ostateczną wymowę wyników badania. A przecież ośrodki sondażowe rzadko dzielą się szczegółową wiedzą na temat formy badania. Odbiorca najczęściej poznaje jedynie pytanie i wynik. Po czwarte w końcu, nikt nie gwarantuje, że badany w sondażu powie prawdę lub nie zmieni zdania tuż przed wyborami.
Przeczytaj także
Warto jednak pamiętać, że sondaże mogą wpływać na decyzje wyborcze. Bodaj najpowszechniejszym przykładem pokazującym ten wpływ jest tzw. zmarnowany głos. Niektórzy wyborcy, widząc w sondażach, że popierana przez nich partia najprawdopodobniej nie przekroczy progu 5%, nie chcą marnować swojego głosu na przegranego i głosują na którąś z partii stojących wyżej w sondażach. Nie decydują więc poglądy wyborcy, a swego rodzaju kalkulacja, która jest pochodną społecznych nastrojów.
Do takiego myślenia zachęca Grzegorz Schetyna, który na antenie TVN24 stwierdził, że szkoda głosów na takie ugrupowania, które wydają się racjonalne, ale nie wejdą do Sejmu. Smutne, że wicepremier III RP aż tak ogranicza wybór obywatelom.
Mniejsze zło to też zło
Skrajną formą sondażowego wpływu na postrzeganie politycznej rzeczywistości jest ograniczenie wyboru do dwóch liderujących partii. Wyborca widząc, że najważniejsza rozgrywka odbędzie się najprawdopodobniej pomiędzy posiadającymi ogromną przewagę w sondażach partiami - w tym wypadku między PiS-em i PO - może po prostu wybrać spośród nich tzw. mniejsze zło, odrzucając pozostałe partie jako mało istotne. Co gorsza, obecnie w takim dwupartyjnym modelu obywatela utwierdzają nie tylko sondaże, ale także największe telewizje, które debatę liderów wszystkich partii poprzedziły debatą Ewy Kopacz z Beatą Szydło.
Pomysły partii na:
Głosowanie na mniejsze zło jednak raczej niczego nie poprawi. Skoro głównym argumentem pchającym nas w objęcia partii A jest niechęć do partii B, to znaczy, że tak naprawdę partii A wcale nie popieramy. To sprawia, że najprawdopodobniej prędzej lub później będziemy żałowali głosu oddanego wbrew sobie. W tym samym czasie partia, która rzeczywiście reprezentuje wartości najbliższe naszym poglądom, po raz kolejny utknie w okolicach progu wyborczego i przez kolejne cztery lata będzie grała w politycznej drugiej lidze.
Warto więc w niedzielę pamiętać, że wybory nie są rozgrywką tylko i wyłącznie pomiędzy Ewą Kopacz i Beatą Szydło. Poza PiS-em i PO istnieją także inne partie i komitety, które w momencie otwarcia lokali mają taką samą szansę na ostateczne zwycięstwo, jak wspomniana dwójka. Dlatego też podczas wypełniania karty wyborczej warto zapomnieć o słupkach sondażowych i oddać głos na to, co rzeczywiście popieramy. Należy także jasno powiedzieć, że w obecnej ordynacji podczas wyborów do Sejmu głosujemy nie na człowieka, a na partię. Żadne znane nazwisko nie powinno więc być jakąkolwiek przewagą. Trafnych wyborów!































































