Ksero się nie opłaca, bo pójdzie na śmietnik
Główne kryterium - pieniądze. Przeciętny, studencki budżet nie pozwala na "zakupowe szaleństwo", jakim byłoby zaopatrzenie się we wszystkie zalecane lektury. Mimo to są książki, po które wejdzie do księgarni, ponieważ są niezbędne. Jeśli cena nie będzie zbyt wysoka, dokona zakupu, zwłaszcza jeśli wydawca oszczędzał na druku jak mógł.
"Podręczniki akademickie często są tanie – to na przykład cienkie skrypty, których koszt zamyka się w kilku, kilkunastu złotych. Poza tym przy kopiowaniu na ksero dużo tracą na jakości, która już i tak nie jest najlepsza – słaby druk i tani papier powodują, że skrypt jest w miarę czytelny, ale już kopia wygląda zdecydowanie gorzej." - mówi Stanisław Ruliński, właściciel księgarni internetowej Aktyka.pl.
„Kiedyś zdarzyło mi się skopiować cały skrypt i uznałam, że była to tylko strata pieniędzy – odbitki, ze względu na fatalną jakość, w ogóle nie nadawały się do czytania, wolałam je wyrzucić. Tekst przeczytałam w czytelni, w bibliotece akademickiej” - potwierdza studentka.

Nie każda książka jest na sprzedaż
Pieniądze to główne kryterium, ale nie główna przeszkoda. Choć księgarnie takie jak Aktyka mają szeroki wybór podręczników, to nie wszystko można kupić. "Kserowane są często podręczniki, które po prostu ciężko zdobyć inną drogą. Brakuje ich w bibliotekach, nie można ich już kupić, autor nie żyje, publikacje nie są wznawianie, a profesorowie na uczelniach nadal z nich korzystają, nadal polecają je studentom” - zwraca uwagę właściciel księgarni.
„Kseruję książki, bo po prostu potrzebuję się z nich uczyć, a nie dostanę ich w bibliotece, nie pożyczę od znajomych – bo oni też się uczą. Na ksero jest szybko i wygodnie” - komentuje student ekonomii.
Czy powinno się zatem stawiać na aktualne podręczniki i najnowsze publikacje? To rozwiązanie niesie ze sobą inne problemy. Zmiana podręczników wiąże się z tym, że w bibliotekach zalegają stare zasoby, które nie są do niczego wykorzystywane. Nowych książek nie przybywa na tyle, by zaspokoić zapotrzebowanie, ponieważ uczelni zwyczajnie na to nie stać.
Niższe ceny nie załatwią sprawy
Ze zjawiskiem kopiowania książek przez studentów można walczyć przez obniżanie cen książek tak, aby konkurowały z cenami kopii. Z punktu widzenia kupujących to najlepsze rozwiązanie, bo za podobną cenę mogą nabyć produkt o zdecydowanie lepszej jakości. Z punktu widzenia wydawców sprawa wygląda nieco inaczej.
"Cena podręcznika to nie wszystko, nie można jej wciąż obniżać. Studenci potrafią na przykład złożyć się na kupno jednej nowej książki, żeby następnie ją skopiować na ksero" - komentuje Jolanta Domaradzka, sekretarz Wydawnictwa Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.
Tanio - owszem, ale trudno konkurować z nieograniczoną fantazją młodych ludzi. Jeśli nie ksero, to skan książki, opublikowany w internecie, który od znajomego można pobrać bez płacenia. W tym miejscu najlepiej widać bezcelowość tej konkurencji - książki nie staną się tańsze od czegoś, co, choć nielegalnie, można mieć za darmo.

Trzeba stawiać na edukację i liczyć na uczciwość
Wydawcy nie są w stanie kontrolować punktów ksero, kopiujących nielegalnie książki. W środowisku studentów istnieje przyzwolenie na tę formę łamania prawa, bo "usprawiedliwia" ją oszczędność wysokich kwot. Poza tym często młodzi ludzie czują, że nie mają innego wyjścia - w księgarniach po prostu nie ma pozycji, które ich interesują, a w bibliotece trzeba na nie czekać miesiącami. To, co pozostaje wydawnictwom, to po prostu uświadamianie studentom, że ksero to kradzież.
"Nie dysponujemy żadnymi, specjalnymi instrumentami prawnymi, które zapobiegałyby temu procederowi. Najważniejszym działaniem, jakie podejmujemy, są kampanie informacyjne dla studentów, w których mówimy o tym, że kserowanie podręczników w całości jest niezgodne z prawem" - tłumaczy Jolanta Domaradzka.
Krok naprzód, dwa kroki w tył
Wydawcy zdają sobie sprawę z problemu, krokiem naprzód są promocje, obniżki, kampanie promujące kupowanie książek. To ruch w stronę tańszych podręczników. Pod znakiem zapytania stoi stawka VAT na książki, która mimo protestów może w styczniu 2011 roku wynosić już 5 proc. Czy tak będzie, o tym przekonamy się wkrótce, jedno jest pewne - skoro już dziś ceny niektórych książek skutecznie zniechęcają do legalnego ich kupowania, po podwyżkach sprzedać je będzie jeszcze trudniej.
Jakie kroki może podjąć wydawca, żeby walczyć z kopiowaniem podręczników? Czy w przypadku wykrycia przez wydawcę, czy księgarza sytuacji, że w danym miejscu dochodzi do nielegalnego kopiowania książek - czy wydawca powinien to zgłosić na policję, czy może innym organom? Jak powinien się zachować?
Moim zdaniem, wydawca – w pierwszej kolejności – powinien prowadzić kampanie informacyjne (które obecnie są prowadzone) i informować, że „kopiowanie” książek jest piractwem. Poza wyjątkami - licencjami dla bibliotek, szkół czy ośrodków dokumentacyjnych, gdzie prawo autorskie przewiduje, najogólniej rzecz ujmując, uznanie za dopuszczalne rozpowszechnianie poprzez: użyczanie, korzystanie (z wyłączeniem właśnie zwielokrotniania, czytaj „kserowania”), udostępnianie egzemplarzy rozpowszechnionych utworów znajdujących się w zbiorach bibliotecznych, wyłącznie w celach edukacyjnych (art. 28 i nast. prawa autorskiego).
Każde inne zachowanie się kogokolwiek wbrew tej zasadzie jest naruszeniem majątkowych praw autorskich należących najczęściej właśnie do wydawców.
Na chwilę obecną praktyką jest że np. na książkach znajduje się adnotacja mówiąca o tym, że jakiekolwiek rozpowszechnianie (czytaj: kopiowanie) jest nielegalne, jest przestępstwem, wymienia się rodzaj kary za to przestępstwo.
Walka z tym procederem jest niezwykle trudna, gdyż rozpowszechniającymi są najczęściej tzw. urządzenia reprograficzne (kserografy, skanery, drukarki). Dlatego też wprowadzono pobieranie opłat od tych urządzeń oraz materiałów eksploatacyjnych (tuszów, tonerów, papieru kserograficznego), a także od firm prowadzących usługi kopiowania. Pieniądze te są dzielone między wydawców i autorów powielanych książek i publikacji. W ten sposób zostały zrekompensowane – przynajmniej częściowo – straty, jakie przynosi wydawcom masowe kopiowanie. Pieniądze uzyskane zgodnie z tą zasadą mają być dzielone po równo między autorów i wydawców. Ich zbieraniem zajmuje się wyznaczona przez Ministra Kultury organizacja (Kopipol tj. Stowarzyszenie Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi Twórców Dzieł Naukowych i Technicznych. Polska Książka tj. Stowarzyszenie Autorów i Wydawców).
Inne kroki, jakie może podjąć wydawca, to ewentualnie kwestia pozwów zbiorowych przeciw tym, którzy z ustawy są zobligowani do odprowadzania opłat za urządzenia, które wskazałem powyżej.
Zasadą jest, że każde przestępstwo (a naruszenie praw autorskich jest przestępstwem) zgłaszane jest w formie pisemnej (tzw. zawiadomienie o przestępstwie) do organów ścigania (tj. policja, prokuratura). Tak wynika z ogólnych zasad prawa karnego. Z tą uwagą, że można oczywiście udać się na policję i złożyć ustnie do protokołu wyjaśnienie, a można też zawiadomić pisemnie oba wspomniane organy.
Katarzyna Jeznach
Bankier.pl
k.jeznach@bankier.pl
» Pierwsza praca może zaczekać
» 5 sposobów na zainwestowanie 200 złotych miesięcznie
» Bestsellery w księgarni Bankier.pl
» Dlaczego młodzi Polacy nie oszczędzają































































