W czwartek tuż przed południem za baryłkę ropy Brent płacono 103,30 dolary, czyli o 1% więcej niż dzień wcześniej i niemal tyle samo co tydzień temu, gdy ceny osiągnęły najwyższy poziom od września 2008 roku.
W tym samym czasie baryłkę słodkiej lekkiej ropy pochodzącej z Teksasu można było kupić za 86,31 dolarów, a więc o pół procent taniej niż w środę. W rezultacie różnica w cenach pomiędzy niemal identycznymi gatunkami surowca sięgnęła rekordowych 17 dolarów na baryłce. Ropa w Londynie była więc aż o 19,7% droższa niż w Nowym Jorku.
Według analityków za taki stan rzeczy odpowiada sytuacja w Egipcie, gdzie bunt społeczny może doprowadzić do niekontrolowanych przez zachodnie mocarstwa zmian politycznych. W czarnym scenariuszu mogłoby to nawet skutkować zamknięciem Kanału Sueskiego, przez który przepływa ropa z Bliskiego Wschodu do Europy.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych naftowe magazyny wręcz pękają w szwach. W zeszłym tygodniu komercyjne rezerwy ropy zwiększyły się o 1,9 miliona baryłek, sięgając 345,1 mln baryłek. Amerykańskie zapasy gotowej benzyny zwiększyły się aż o 4,7 mln brk po wzroście o 6,1 mln tydzień wcześniej i są najwyższe od marca 1990 roku.
Nadmierne ilości ropy znajdują się także w magazynach w Cushing (Oklahoma), które stanowią punkt dostaw dla kontraktów notowanych na nowojorskiej giełdzie towarowej. Choć w zeszłym tygodniu stan tych rezerw zmniejszył się o 927 tysięcy baryłek, to wciąż utrzymuje się na niemal rekordowo wysokim poziomie. Ta nadwyżka surowca skutecznie obniża cenę ropy z najbliższymi terminami dostawy na nowojorskim Nymeksie.
Choć analitycy prognozują dalsze wzrosty cen w Europie i spadki w Nowym Jorku, to tak wysoki i niewidziany nigdy wcześniej dyferencjał nie wydaje się możliwy do utrzymania w dłuższym terminie. W końcu na rynku powinni się pojawić arbitrażyści, zdolni zorganizować transport ropy przez Atlantyk.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl

































































