Ponad sto „powolnych miast”
Sonoma nie kusi najnowszą architekturą, ni najlepszymi markami sklepów. Zamiast tego zachęca do zwiedzania lokalnych winnic na rowerze lub segwayu, słuchania koncertów jazzowych, kontemplowania uroczych dzieł sztuki miejscowych rzemieślników. Podobnie w około 120 innych miastach należących do Cittaslow, bo aż do takich rozmiarów rozrosła się ta sieć, o kilkuletniej dopiero tradycji. Zdecydowanie najwięcej z nich (niespełna 70) znajduje się we Włoszech. Na wyróżnienie zasługuje malowniczo położone Orvieto, będące nota bene siedzibą ruchu „Slow Cities”.
|

Jak wiadomo, Polacy nie gęsi, i też swoją małą sieć Cittaslow mają. Jak na razie tylko na Warmii i Mazurach, gdzie do ogólnoświatowego ruchu włączono Reszel, Bisztynek, Lidzbark Warmiński i Biskupiec.
Wszystko wolniej
Cittaslow to tylko jeden z elementów szerszej akcji Slow Movement, promującej życie w zwolnionym tempie. „Slow Movement jest odpowiedzią na chroniczny brak czasu, na który wszyscy cierpimy” – piszą autorzy idei na swojej stronie internetowej. Zwolennicy życia powoli z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy życie było znacznie prostsze, a więzi międzyludzkie silniejsze. Królowały inne wartości, a rodzinne życie skupiało się wokół domowych obowiązków.
Zaczęło się od jedzenia. W latach 80. ubiegłego stulecia, w Rzymie stanąć miał McDonald`s. Przeciwnicy tej decyzji, w tym Carlo Petrini, powołali do życia ruch Slow Food, zachęcając do zdrowego odżywiania się – do konsumowania naturalnej żywności bez pośpiechu, z większą dbałością o swoje zdrowie. Od tego czasu inicjatywa dotarła do niemal 50 krajów, zrzeszając tysiące osób.
Ci, którym idea życia powoli jest bliska, lecz na co dzień przychodzi z trudem, starają się zwalniać tempo choćby na wakacjach. „Slow travelling” zakłada, by podczas zwiedzania nowych miejsc, przybliżać się do nich i do lokalnej społeczności. Na powolnych wakacjach mieszkają blisko natury, z niecodzienną przyjemnością oddając się codziennym czynnościom.
W trybie powolnym toczą się nie tylko przyjemności, ale i obowiązki. Powolne są bowiem i szkoły (Slow school). Nie znaczy to jednak, że tamtejszym uczniom przyswajanie wiedzy przychodzi trudniej. Tę wiedzę po prostu podaje się w inny sposób – nauczyciele i wychowawcy są zaangażowani w rozwój dzieci, ze szczególnym naciskiem na budowanie świadomości ekologicznego, zrównoważonego rozwoju.
Zwolennicy „powolnych pieniędzy” (slow money) będą pytali nas: „A co, gdyby tak 50 proc. naszych środków inwestować w dobra, oddalone od nas o nie więcej niż 50 kilometrów?”. Praktykujący „powolne rodzicielstwo” (slow parenting) przekonają, że zamiast wypełniać dziecku grafik zajęć od rana do wieczora, warto pozwolić mu poznawać świat w indywidualnym tempie. Fani powolnego czytelnictwa, sztuki czy seksu (slow books/art/sex) powołają się na własne teorie. Bez względu na to czy trafimy do „powolnych miast”, czy do mniejszych społeczności, w których hołduje się ruchowi „Slow”, zastaniemy inną rzeczywistość. Może śmieszną, może egzotyczną. Czy lepszą? Na pewno wolniejszą. I prostszą – prostota to bowiem podstawa ruchu ze ślimakiem w logo.
P.S. Czy fakt dołączenia pierwszej amerykańskiej miejscowości do ruchu „powolnych miast” zwiastuje większą zmianę? Wątpliwe. Dołączenie do sieci Cittaslow jest często jednym z wielu pomysłów na promocję lokalnych uroków. Trudno nie przyznać jednak, że tak jak przyroda potrzebuje równowagi, tak i tu, zwrot pod prąd jest cenną odmianą.
Malwina Wrotniak, Bankier.pl
Zobacz też:
» Slow money, czyli powrót inwestorów do korzeni
» Tam mieszkam - autorski cykl Bankier.pl o Polakach zagranicą
» Z Bankier.pl po produkt finansowy dla siebie
» Slow money, czyli powrót inwestorów do korzeni
» Tam mieszkam - autorski cykl Bankier.pl o Polakach zagranicą
» Z Bankier.pl po produkt finansowy dla siebie




























































