Główny indeks giełdy w Tokio wzrósł o 3,68% po tym, jak w poniedziałek spadł o 3,4%. W ten sposób Nikkei225 powrócił niemal dokładnie do poziomu z piątkowego zamknięcia. Paradoksalnie rynkowi pomogły większe, niż przypuszczano zniszczenia po trzęsieniu ziemi.


Gdy w poniedziałek rano Nikkei225 zamknął się ze stratą 3,4%, nikomu nie brakowało wytłumaczeń dla tak silnych spadków. Negatywnie na ceny akcji w Japonii wpływało silne trzęsienie ziemi, które nawiedziło południe kraju, zabijając ponad 40 ludzi i doprowadzając do wstrzymania produkcji w kilku dużych koncernach przemysłowych.
Analitycy wspominali także o negatywnym wpływie na rynek akcji silnego jena, który na parze z euro był notowany najwyżej od trzech lat, co pogorszyło konkurencyjność cenową eksporterów z Kraju Kwitnącej Wiśni. Mówiło się także o roli taniejącej (ale tylko rano) ropy naftowej, która od początku roku zadziwia silną i dodatnią korelacją z giełdowymi indeksami.
Gdy jednak dzień później japońska giełda nagle ignoruje wczorajsze lęki, sensownych wytłumaczeń pojawia się jakby mniej. Tylko emocjami inwestorów można wytłumaczyć fakt, że akcje Toyoty podrożały o 3,9% po spadku o 4,8% w poniedziałek. Notowania Sony Corp. podskoczyły o 6,5%, odrabiając większość ze straconych wczoraj 6,8%.
Choć paradoksalnie negatywny dla akcji efekt tańszej ropy zdążył ustąpić, zaś jen osłabił się wobec dolara i euro, to przede wszystkim inaczej zaczęto patrzeć na efekty sobotniego trzęsienia ziemi .
„Mamy obawy, że ekonomiczny wpływ trzęsienia ziemi w Kumamoto okaże się większy, co prowadzi do oczekiwań na dalsze poluzowanie polityki monetarnej przez Bank Japonii” – uważa Toshihiko Matsuno, główny strateg w SMBC Friend Securities cytowany przez Bloomberga.





























































