Tydzień obfitujący w posiedzenie bankierów centralnych otwieramy z kursem euro powyżej 4,61 zł. Złoty pozostaje bardzo słaby, czemu towarzyszy głęboko ujemna realna stopa procentowa w Polsce.


Już jutro o stopach procentowych decydować będą banki centralne Węgier i Chile (oczekiwane są podwyżki), a w środę na rynki wypłynie komunikat z amerykańskiej Rezerwy Federalnej. W czwartek posiedzenia zaplanowane mają władze monetarne Szwajcarii, Norwegii i Turcji, a w piątek - Japonii. W Polsce po trzech podwyżkach kolejna oczekiwana jest dopiero w styczniu – w grę wchodzi ruch o 50 pb.
Tyle tylko, że mocno spóźnione podwyżki stóp procentowych w Polsce w żaden sposób nie są w stanie nadążyć za szybko rosnącą inflacją, która w opinii większości ekonomistów na przełomie roku ustabilizuje się na poziomie przeszło 8%. W rezultacie Polska ma dziś jedną z najbardziej ujemnych realnych stóp procentowych wśród liczących się gospodarek świata. Taka sytuacja nie sprzyja polskiej walucie.
W poniedziałek o 9:44 kurs euro kształtował się na poziomie 4,6162 zł, a więc na podobnym poziomie co przed weekendem. Oznacza to, że złoty pozostaje niezmiernie słaby. Dość powiedzieć, że przed marcem 2020 roku poziom 4,50 zł za euro był przekraczany tylko krótkotrwale i tylko podczas najostrzejszej fazy globalnego kryzysu finansowego zimą 2009, na przełomie lat 2011/12 (kryzys strefy euro) oraz w 2016 (brexit).

Przy utrzymującej się stabilizacji na parze euro-dolar amerykańska waluta była kwotowana po 4,0908 zł, czyli o grosz wyżej niż w piątek. Od miesiąca kurs dolara utrzymuje się powyżej 4 zł. Amerykańska waluta jest jednak tańsza, niż była pod koniec listopada, gdy kurs USD/PLN sięgnął w porywach 4,20 zł.
Za franka szwajcarskiego płacono 4,4274 zł, czyli podobnie jak przed weekendem i wciąż blisko najwyższych poziomów w historii. Lecz zarazem o prawie 10 groszy mniej niż dwa tygodnie temu. Funt brytyjski notowany był po 5,4095 zł.
KK



























































