REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Koniec wojny o megafuzję, czyli góra urodziła mysz

2006-04-19 06:20
publikacja
2006-04-19 06:20
Dodaj Bankier.pl w Google
Na pierwszej stronie Gazety Wyborczej z 6 kwietnia br. ukazał się wielki tytuł zapowiadający koniec długiej wojny rządu z Włochami. Powstaje pytanie: czy istniała rzeczywiście jakaś wojna i po co to wszystko było?
Rząd miał teoretycznie poważne argumenty prawne. Jeszcze przed akcesją Bruksela wskazywała na zbyt wysoki stopień koncentracji na polskim rynku bankowym. Umowa prywatyzacyjna Pekao SA wykluczała zakup następnego banku przez UniCredito w Polsce, a przeprowadzając fuzję z HypoVereinsbank, zapomniano, czy raczej zlekceważono, zapytanie pod adresem polskiej Komisji Nadzoru Bankowego o jej stosunek do konsekwencji tej fuzji. Istniał też, bardzo jednak racjonalny, dobrze rozumiany przez polską opinię publiczną argument: kontrola ponad 70 proc. polskiego rynku usług bankowych przez obcy kapitał.

Argument docierający zresztą do decydentów i opinii publicznej we wszystkich krajach, gdy obcy kapitał wchodzi na istotny poziom w narodowym sektorze bankowym. Można więc było sądzić, że rozkręcenie całego harmidru medialnego i emocji jest zasłoną dymną w celu odzyskania części pola w bankowości przez polskie podmioty.

Takimi racjonalnymi przesłankami można było tłumaczyć odrzucenie jakiejkolwiek chęci kompromisu przez przedstawicieli rządu, nieznajdowanie czasu na spotkanie z prezesem Profumo czy wypuszczenie – niczym psa gończego – urzędu prokuratorskiego na nadzór bankowy przy akompaniamencie groźnie brzmiących uchwał sejmowych. Wszystko to świadczyło o wielkiej determinacji i przemyślanym pomyśle: co osiągnąć i jakimi posunięciami. Wydawało się, że istnieje nie tylko zapowiedź, ale też opracowana strategia wojny, i rząd wie, o co gra.

Góra urodziła mysz, a poród był bardzo szybki. Kompromis okazał się wręcz kosmetyczny. Takie ustępstwa osiągnąć można było od razu, bez całej tej draki. Co więc zostało zdobyte? Chyba tylko to, że ukazano brak koncepcji i brak długotrwałej determinacji, że wzmocniono tzw. złą prasę, której i tak rząd premiera Marcinkiewicza ma więcej, niż na to zasługuje.
Wreszcie – pojawiło się nowe zagrożenie. UniCredito to jednak tzw. dobry adres, a przecież nie ma teraz pewności, kto ostatecznie kupi od Włochów to, co zmuszeni zostali sprzedać. Na to, by część BPH przejął polski kapitał, są małe szanse. Kto niby miałby mieć wolny 1 miliard dolarów? Przecież banku nie można kupić na kredyt. Wreszcie Włosi mogą mieć interes, by sprzedać swoją część komuś, kto umożliwi im ekspansję na rynki trzecie. A tym kimś raczej nie będzie polski inwestor.

Pół biedy, jeśli sprzedana część trafi do jednej z wielu zachodnich sieci. Gorzej, jeżeli kontrolę przejmą np. Rosjanie, przed czym – o ile wiadomo – się nie zabezpieczono. Jak dotąd. Więc po to nam to było...

Iwona Kwiecińska-Kałuża

Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane: Włochy

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki