Załamanie popytu w kryzysie doprowadziło do spowolnienia cen w Polsce. Ale ten proces się zatrzymał, a nawet odwrócił.


Od paru miesięcy widać, że ceny lekko przyspieszyły. Oznacza to, że nie nastąpi spadek inflacji, na który liczyła Rada Polityki Pieniężnej (RPP), w której gestii są zmiany stóp procentowych.
Inflację za marzec już znaliśmy – wynosi 3,2 proc., wobec 2,4 proc. w lutym. Pisałem o tym ponad dwa tygodnie temu. Teraz jednak mamy więcej danych pokazujących zmiany cen w rozbiciu na różne kategorie. Pozwalają one lepiej oszacować fundamentalne trendy i zrozumieć, co się dzieje w gospodarce. To trochę tak jak z samochodem, w którym coś furczy – trzeba zajrzeć pod maskę, żeby stwierdzić, czy to tłumik, czy coś innego.
Do opisu trendów cenowych najlepiej służy tzw. inflacja bazowa, czyli dane o inflacji po odjęciu różnych kategorii, które mogą zaburzać główny wskaźnik. Ja dodatkowo przepuszczam to jeszcze przez różne filtry statystyczne, które wyrzucają efekty sezonowe, i pokazuję zmiany w ujęciu miesiąc do miesiąca, a nie rok do roku. Dzięki temu mamy lepszy obraz silnika.
Co z tego obrazu wynika? Warto spojrzeć na wykres, tam dużo widać. Tuż po wybuchu epidemii ceny zwolniły, czyli rosły średnio wolniej niż przed epidemią. Prognozy NBP od wielu kwartałów regularnie wskazywały, że ten proces będzie trwał i się pogłębiał. Dopóki popyt w gospodarce jest niższy niż zdolności wytwórcze, dopóty ceny miały zwalniać lub przynajmniej rosnąć w stabilne niskim tempie. Jednak od paru miesięcy widać odwrócenie trendów. Ceny przyspieszyły - i nie wynika to tylko z podwyżek cen regulowanych, bo po ich odjęciu też widać wzrost. Przyczyną nie są też wyłącznie zmiany cen paliw, bo bez ich uwzględnienia nadal widoczne jest przyspieszenie. Przyspieszenie w ogóle nie wynika z cen pojedynczych towarów czy usług, bo po odrzuceniu skrajnych wartości zmiana trendu się utrzymuje.

Wiele wskazuje zatem, że inflacja w tym roku – a przynajmniej w najbliższych 3-6 miesiącach – będzie wyższa, niż prognozował NBP.
Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego inflacja przyspiesza w warunkach recesji?
Jeden z możliwych powodów jest taki, że bodźce cenowe w czasie obecnej recesji kształtują się inaczej niż w przeszłości. Normalnie brak popytu skłania firmy do cięcia cen lub ich niepodnoszenia, bo trzeba walczyć o klienta. Dziś jednak część firm nie walczy mocno o klienta, tylko o przetrwanie przy pomocy publicznego wsparcia. Restauracja, tnąc ceny, nie przyciągnie więcej konsumentów. Ci, którzy przychodzą, są bowiem mało wrażliwi na ceny - są zdeterminowani, by zamówić jedzenie na wynos. Firma utrzymuje się dzięki pomocy.
Są też segmenty gospodarki, w których popyt ewidentnie przewyższa podaż, ponieważ przeniósł się z zamkniętych sektorów. Tak jest na przykład w przypadku niektórych branż przemysłowych, czy w niektórych usługach cyfrowych. Dlatego widać podwyżki cen sprzętu i usług telekomunikacyjnych.
Do tego wszystkiego dochodzi słaby złoty, który podnosi ceny importowanych towarów.
Można też spojrzeć na zjawisko podwyższonej inflacji z zupełnie innej perspektywy. Jest to cena, jaką płacimy za ratowanie się przed spadkiem zatrudnienia. Moim zdaniem zdecydowanie warto ten koszt ponieść, żeby całe pokolenie nie wylądowało na bezrobociu na pół życia – bo takie są długookresowe efekty głębokiej recesji.
W głowie członków RPP dominuje scenariusz, w którym inflacja powoli sobie opada z powodu niskiego popytu. Może się jednak okazać, że tego opadania nie będzie - i wtedy zmieni się podejście do stóp procentowych. Nie chodzi o to, że wkrótce wejdziemy w cały cykl podwyżek. Ale głosy takie jak Łukasza Hardta, członka RPP optującego za podwyżką stóp o 0,15 pkt proc., zyskają na znaczeniu.































































