Mimo że zapasy surowca w Stanach Zjednoczonych skurczyły się mocniej, niż sądzono, to cena ropy naftowej spadła do najniższego poziomu od listopada. Od początku roku „czarne złoto” potaniało o 20%. Tak silnego spadku cen w pierwszym półroczu nie widziano od 20 lat!


Od blisko miesiąca ceny ropy naftowej spadają na łeb, na szyję. W środę wieczorem baryłka ropy Brent kosztowała 44,78 USD, czyli aż o 2,3% mniej niż dzień wcześniej. To już trzeci z rzędu dzień przeceny tego surowca. Jeszcze niespełna miesiąc temu baryła „czarnego złota” kosztowała prawie 55 dolarów.
Wtedy mówiono, że wspólne działania OPEC i Rosji jeszcze w tym roku doprowadzą do zbilansowania rynku i znacznego ograniczenia nadprodukcji. Tak się jednak nie stało, ponieważ amerykańscy nafciarze skorzystali z wyższych cen (i niższych kosztów produkcji), zwiększając wydobycie do 9,35 mln baryłek dziennie. To już prawie tyle samo co szczycie „łupkowego” boomu dwa lata temu.
Rynku nie uspokoiły nawet dane z Departamentu Energii: w ubiegłym tygodniu rezerwy ropy w USA zmalały o 2,1 mln baryłek, czyli o 600 tys. więcej, niż oczekiwano. Nie zmienia to faktu, że zapasy wciąż są wysokie, a wydobycie nadal rośnie szybciej niż zapotrzebowanie.
Rezultatem zawiedzionych nadziei posiadaczy długich pozycji jest dość ostra przecena surowca. Licząc od początku roku ceny spadły o ponad 20%. Jeśli pozostaniemy na obecnych poziomach do końca czerwca, będzie to najmocniejszy spadek cen w pierwszym półroczu od roku 1997.
Niemniej jednak patrząc w szerszym horyzoncie notowania ropy naftowej od ponad roku poruszają się w dość szerokim trendzie bocznym, oscylując w granicach 40-60 USD za baryłkę. Póki co nie widać przesłanek natury fundamentalnej, aby miały ten przedział trwale opuścić.
Krzysztof Kolany
































































