To nie żart. Już od dzisiaj można składać wnioski o wypłatę dotacji w wysokości 500 złotych miesięcznie na (nie)każde dziecko. Do tego socjalnego rozdawnictwa warto podejść na chłodno i jeszcze przed pobraniem pieniędzy opracować własny plan inwestycyjny.
Rząd zaplanował, że w 2016 roku do 2,7 mln rodzin wychowujących 3,8 mln dzieci trafi 17,3 mld złotych w ramach programu „Rodzina 500+”. 500 złotych miesięcznie przysługuje za każde drugie i następne dziecko oraz za pierworodnych w rodzinach o „dochodzie” (w rozumieniu państwa "dochód" to przychód - podatki. W ekonomii jako dochód rozumiemy przychody - koszty) poniżej 800 zł na osobę.
Wydatki na kredyt to odroczone podatki
Abstrahując od bardzo wątpliwych skutków pronatalistycznych, program wiąże się ze znacznym zwiększeniem wydatków państwa. W tym roku zasponsorują go:
Zobacz także
- dostawcy telefonii komórkowej (a dokładniej: ich klienci), którzy w 2015 roku zapłacili 9,2 mld zł za częstotliwości LTE,
- banki i ubezpieczyciele (a raczej ich klienci) obłożeni podatkiem od kredytów i ubezpieczeń,
- Narodowy Bank Polski, który wypłaci 3,2 mld zł z zeszłorocznego zysku.
Przeczytaj także
Ale na dłuższą metę „Rodzina 500+” stanowi wydatek bez pokrycia w przyszłych dochodach podatkowych, więc będzie najprawdopodobniej finansowana poprzez zwiększony deficyt budżetowy. W sensie ekonomicznym za „500 zł na dziecko” zapłacą… same dzieci, które po wejściu na rynek pracy będą spłacać nagromadzony dług publiczny. Zatem fundusz założony z pieniędzy od rządu można traktować jako rezerwę na podatek odroczony.
Jak inwestować z głową?
Gdy już ponarzekamy, jak to rządowe rozdawnictwo jest nieefektywne i demoralizujące, warto zastanowić się nad tym, co od nas zależy. Czyli: jak spożytkować nagły przypływ gotówki w skali przynajmniej 6.000 złotych rocznie?
Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, jest wydanie tych pieniędzy na bieżącą konsumpcję, jakby tego sobie życzyła władza licząca na jak najwyższe wpływy z VAT-u i akcyzy. Jeśli byłeś w stanie wyżyć bez pięciuset złotych od państwa, to poradzisz sobie i bez tych pieniędzy. Innymi słowy: to dodatkowy bonus, który należy mądrze spożytkować, zamiast wydłużyć listę wydatków na rzeczy, bez których dotąd jakoś się obywałeś.
Choć nie wierzę, aby program „Rodzina 500+” przetrwał w obecnej formie dłużej niż do najbliższego kryzysu w finansach publicznych, to przyjmijmy założenie, że od kwietnia otrzymamy stały i regularny strumień gotówki. To prawdopodobnie niepowtarzalna szansa dla tych, którzy jeszcze nie rozpoczęli budowy własnego portfela inwestycyjnego, możliwie daleko od wszystkich państwowych wynalazków w stylu ZUS, OFE, IKE, IKZE itp.
Najważniejsza jest świadomość, że warto te pieniądze oszczędzić, oraz dyscyplina, aby nie uszczknąć naszego „funduszu rezerwowego” na jakieś nadzwyczajne (i z reguły niepotrzebne) wydatki, w stylu wakacje za granicą, remont kuchni, nowy sprzęt RTV czy wesele córki. Myślimy o wieloletnim regularnym oszczędzaniu i inwestowaniu otrzymywanych kwot w celu zbudowania pewnego kapitału początkowego dla naszych dzieci.
Postawić na jednego konia czy na cały zaprzęg?
Zasadniczo mamy cztery klasy aktywów, w które możemy zainwestować. Są to akcje, obligacje, surowce oraz złoto, uzupełnione buforem płynnościowym w postaci gotówki. Zostawmy na boku nieruchomości (ze względu na wysoki jednostkowy próg wejścia) oraz wszelkie tzw. inwestycje alternatywne: wino, whiskey, sztuka, numizmatyka itp. – to dobre dla tych, którzy już zgromadzili znaczny majątek i stać ich na przeznaczenie kilku procent kapitału na tego typu ekstrawagancje.
Kardynalnym dylematem jest określenie zakresu dywersyfikacji naszego „portfela 500+”™. Czy postawić tylko na jednego inwestycyjnego konia (np. akcje), na dwa konie (np. akcje i złoto) czy na zaprzęg złożony po równo z każdej klasy aktywów. To decyzja indywidualna, którą każdy podejmie sam i na własną odpowiedzialność.
Jednak doświadczenie uczy, że inwestor szybciej osiągnie cel, przemieszczając się dyliżansem niż bryczką zaprzęgniętą nawet w najbardziej mocarnego konia. Podróż będzie nie tylko szybsza, ale przede wszystkim bezpieczniejsza. Rzadko zdarza się taki rok jak 2015, gdy zawiodły praktycznie wszystkie klasy aktywów. Z reguły dobrze zrównoważony portfel inwestycyjny potrafi zapewnić dodatnią stopę zwrotu, nawet gdy jedna z jego składowych (np. akcje) dozna załamania.
Podział inwestycyjnego tortu
Nasz „portfel 500+”™ można sobie wyobrazić jako ciasto, które dzielimy na kawałki i przerzucamy na poszczególne „talerze”. Dobór „talerzy” i proporcji kawałków to już indywidualna sprawa każdego inwestora, uzależniona od jego osobistych preferencji i apetytu na ryzyko.
Jednak najprostszym – i wcale nie takim złym - rozwiązaniem jest równy podział inwestycyjnego tortu. To pozwala na działanie automatyczne przy zachowaniu elastyczności i pełnej kontroli nad portfelem. W tym schemacie za jedną czwartą napływającego kapitału kupujemy fizyczne złoto w postaci monet bulionowych, co stanowi trzon naszego „portfela 500+”™. Jest to twardy rdzeń naszych oszczędności, który możemy naruszyć wyłącznie w ekstremalnych sytuacjach.
Drugą część stanowią obligacje, czyli instrumenty przynoszące stały i (w miarę możliwości) bezpieczny dochód niezależnie od koniunktury gospodarczej. Wybór jest tu szeroki: od papierów korporacyjnych, przez obligacje municypalne, po dług państwowy. Ze względu na (przynajmniej w teorii) najniższe ryzyko, praktycznie zerowe koszty transakcyjne i łatwość obsługi najprostszą opcją jest zakup detalicznych obligacji Skarbu Państwa. Co prawda, przy obecnych rekordowo niskich stopach procentowych ich oprocentowanie nie zachwyca (od 2% do 2,5% w pierwszym okresie odsetkowym), ale to wciąż więcej niż oferuje większość banków w swojej standardowej ofercie (tj. bez dodatkowych wymogów typu „tylko dla nowych środków”).
Trzecią – i w długim terminie potencjalnie najbardziej dochodową – część inwestycyjnego tortu powinny stanowić akcje. W tym segmencie warto rozejrzeć się dalej niż tylko warszawska Giełda Papierów Wartościowych. Jednakże na początku nasz kapitał będzie zbyt mały, aby efektywnie inwestować na rynkach zagranicznych, gdzie prowizje u polskich brokerów są wyższe niż stawki na GPW. Ale nawet na warszawskim parkiecie znajdziemy akcje, które mogą posłużyć za długoterminową lokatę kapitału. To przede wszystkim papiery tych spółek, które hojnie i regularnie dzielą się zyskiem z akcjonariuszami. Spółek dywidendowych można szukać w indeksie WIGdiv.
Przeczytaj także
Czwartym – ale równie ważnym komponentem - „portfela 500+”™ powinna być gotówka. To nasza rezerwa płynnościowa pozwalająca wykorzystać nagłe okazje, jakie od czasu do czasu oferuje rynek. To także pozycja – przynajmniej w otoczeniu rozsądnych stóp procentowych – generująca skromne odsetki.
Przeczytaj także
W normalnych czasach „gotówka” leży na bankowym koncie oszczędnościowym albo w funduszu ochrony kapitału inwestującym tylko w bony skarbowe. Ale ponieważ czasy normalne nie są (patrz: Cypr lub Grecja), to warto rozważyć utrzymywanie pozycji w fizycznej gotówce w przysłowiowym materacu. Ot tak, na wszelki wypadek gdyby ktoś postanowił przetestować dyrektywę BRRD na bankach działających w Polsce.






























































