Różnice kulturowe: Holender nie lubi improwizacji. Anglik — zadzierania nosa. A Rosjan trzeba chwalić. Jak rozmawiać z zagranicznymi partnerami?
fot. phovoir / / YAY FotoJeśli rozpoczynamy negocjacje z partnerem zagranicznym, warto wiedzieć, co lubi, a czego nie znosi. Co wprawi go w dobry nastrój, a co zirytuje tak bardzo, że odtąd będzie omijał Polaków szerokim łukiem. Jego reakcje w dużym stopniu zależą od kraju, z którego pochodzi. Dr Marek Suchar, prezes firmy doradczej IPK i ekspert od różnic kulturowych, ostrzega, że z przedsiębiorcami zza wschodniej granicy niczego nie da się załatwić e-mailami, faksami czy nawet telefonem. Konieczne jest spotkanie. I serdeczna atmosfera, oznaczająca często zatarcie granicy między sferą zawodową a prywatną. Niemcy też wolą kontakt twarzą w twarz, ale bardzo formalny. I biada, jeśli zapomnimy o tytule naukowym klienta.
— Kto do ważnego prezesa z Hamburga nie powie „Herr Doktor”, znacznie zmniejsza szanse na intratny kontrakt — uprzedza Marek Suchar. Kiedy podczas rozmów o inwestycjach biznesmeni zza Odry są śmiertelnie poważni, ich koledzy znad Tamizy bardzo lubią luz i inteligentne dowcipy. A nie cierpią, gdy ktoś zadziera nosa.
— Naturalność, śmiałość, unikanie nadęcia to części składowe kultury anglosaskiej. Brytyjczyk nie wyobraża sobie rozmowy bez szczypty humoru, kpiny, sarkazmu. Choćby oznaczało to przekraczanie granic politycznej poprawności, łamanie tabu — zauważa Marek Suchar.