

Osiem lat po rosyjsko-gruzińskiej wojnie Gruzja wciąż nie odzyskała kontroli nad Osetią Południową i Abchazją. Na pograniczu z obiema zbuntowanymi republikami niemal każdego dnia dochodzi do prowokacji. Napięcie szczególnie odczuwalne jest wśród mieszkańców strefy południowoosetyjskiej.
Ostatnie wsie kontrolowane przez Gruzinów położone są na wzgórzach, w okolicach Ergneti i Nikozu. Domy wyznaczają tam granicę między Gruzją właściwą a separatystyczną Osetią Południową. Leżące tuż za nimi pola i sady, choć należą do Gruzinów, znajdują się po stronie kontrolowanej przez rosyjskie wojska. Dla większości mieszkańców Nikozu to nieszczęście, ponieważ nie mogą korzystać z tego, co jest ich własnością.
Od ośmiu lat trudno mówić o stabilizacji w strefie konfliktu, gdy rosyjscy żołnierze i separatyści co jakiś czas przesuwają tymczasową linię rozgraniczająca w głąb Gruzji, zabierając okolicznym mieszkańcom coraz więcej ich pól i sadów. Jak przyznał w rozmowie z Polskim Radiem prezydent Gruzji Giorgi Margwelaszwili, tego typu sytuacja kładzie się cieniem nie tylko na stosunkach gruzińsko-rosyjskich, ale przede wszystkim na życiu społeczno-politycznym Gruzji.
Gruzini w tej sytuacji są bezsilni, ich protesty, nawet wsparte słowami oburzenia przez europejskich polityków, nie robią wrażenia na Rosji. Kreml nie tylko uznał niepodległość separatystów z Osetii Południowej i Abchazji, ale rozmieścił w zbuntowanych regionach swoje bazy wojskowe i podpisał z samozwańczymi władzami umowy o partnerstwie i współpracy. Gruzini obawiają się, że najbliższe miesiące będą obfitować w różnego rodzaju prowokacje, ponieważ w październiku mają się odbyć wybory do gruzińskiego parlamentu i - w ich opinii - Moskwie zależeć będzie na destabilizacji sytuacji.
Informacyjna Agencja Radiowa/IAR/Maciej Jastrzębsi/Tbilisi/em/sk































































