REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Gospodarka niewinnego oszustwa czyli kto naprawdę rządzi w spółkach

2006-01-02 06:04
publikacja
2006-01-02 06:04
Dodaj Bankier.pl w Google
John Kenneth Galbraith, legendarny już amerykański profesor ekonomii, napisał w 2004 r. (w wieku 96 lat) traktat, wydany w tym roku po polsku, pod tytułem „Gospodarka niewinnego oszustwa”. Galbraith uważa, że obecnie mamy do czynienia z systemem nie tyle rynkowym, ile korporacyjnym, gdzie kierownictwa wielkich koncernów robią co chcą, kierując akcjonariuszami, którzy uważają się za właścicieli, wcale nimi nie będąc.

Osiemdziesięciostronicowa książka została zupełnie przemilczana, mimo że zawarte w niej myśli i stwierdzenia są niezwykle cenne i do tego napisane prostym, trafiającym do każdego językiem. Nie ma w niej nic z napuszonego, nasyconego fachowym slangiem stylu, którym tak często pisane są książki i komentarze dotyczące gospodarki i ekonomii. Dlaczego publikacja ta została przemilczana? Profesor Galbraith ma pecha. Mało, że można powiedzieć, iż jest sędziwym starcem i niedokładnie rozumie otaczającą nas rzeczywistość, to jeszcze jest znanym zwolennikiem teorii propagowanych na początku XX wieku przez Johna Maynarda Keynesa, jednego z najbardziej znanych ekonomistów w historii tej nauki, a to w obecnej neoliberalnej rzeczywistości (szczególnie w Polsce) jest niewybaczalne.

Zdumieni liniowcy

Jak w Polsce może być poważnie traktowany człowiek, który pisze, że „w przypadku elity korporacji zmniejszanie podatków zwiększa dochód, który już wcześniej jest więcej niż obfity. (…). Dodatkowy dochód z obniżki podatków raczej nie zostaje wydany, toteż nie może przynieść żadnych skutków”. Czy w kraju, w którym przez cały czas, niczym widmo, krąży idea podatku liniowego, który popierał nawet Leszek Miller, były szef partii uznawanej za lewicową (uznawanej, bo z całą pewnością była to za jego czasów tylko partia władzy) człowiek, który wygłosiłby taki pogląd uszedłby cało? Zdecydowanie nie - ekonomiści i media by go zniszczyły. Przecież założenie mówiące o tym, że obniżka podatków pomoże gospodarce i zmniejszy bezrobocie jest aksjomatem, którego nikt nie waży się nawet tknąć. Zresztą nawet Guy Sorman (francuski ekonomista, socjolog i filozof, autor książek „Rozwiązanie liberalne”, „Made in USA”), podobno autorytet intelektualny Donalda Tuska, w wywiadzie przeprowadzonym przez Jacka Żakowskiego dla „Polityki” (nr 43 z 29.10) co prawda twierdzi, że wysokość podatku ma znaczenie (różni się w poglądach na ten temat na przykład z Robertem Rubinem - sekretarzem skarbu za prezydentury Clintona), ale o podatku liniowym mówi, że „idea jest politycznie ciekawa (…). Natomiast ekonomicznie nie ma znaczenia”. Można założyć, że zwolennicy podatku liniowego będą tym stwierdzeniem co najmniej zdumieni. prawdopodobnie również ci bardziej znający się na rzeczy doskonale wiedzą, że Sorman ma rację, ale z różnych, najczęściej bardzo egoistycznych powodów, nie chcą, żeby ta wiedza dotarła do szerokiej publiczności.

Rynkowy turbokapitalizm

Nie podatki są jednak najważniejsze w książce Galbraitha. Już w tytule widać, o co chodzi, a przecież jest on bardzo przewrotny, bo autor tak naprawdę pokazuje, że to oszustwo wcale nie jest niewinne. Już nazwa obecnego systemu ma nas wprowadzić w błąd. Zniknął bowiem gdzieś „kapitalizm”, jako słowo niosące konotacje z lekka negatywne, a pojawił się mniej treściwy „system rynkowy”. System rynkowy, który od czasów prezydenta Reagana przeszedł znamienną transformację. Zmienił się w turbokapitalizm. Takim mianem określa obecny system gospodarczy Edward Luttwak w swojej publikacji „Turbokapitalizm - zwycięzcy i przegrani światowej gospodarki”. Weźmy pod uwagę fakt, że Luttwak, ekonomista i historyk, za czasów Ronalda Reagana doradca Sekretarza obrony, NASA i Departamentu Stanu, w żadnym przypadku nie może być uznawany za przeciwnika liberalizmu. Twierdzi on, że zwolennicy turbokapitalizmu nie używają tego terminu. „Po prostu mówią `wolny rynek', ale przez ten skrót rozumieją o wiele więcej niż tylko wolność aktów kupna i sprzedaży. To, co zachwalają, głoszą i czego żądają, to prywatne przedsiębiorstwo wolne od rządowych regulacji, niekontrolowane przez związki zawodowe, nieskrępowane przez sentymentalną troskę o los pracowników lub społeczności lokalnej, nieograniczane przez bariery celne lub restrykcje inwestycyjne i jak najmniej nękane podatkami. Uparcie żądają prywatyzacji przedsiębiorstw wszelkich branż (…). obiecują dynamiczny rozwój gospodarki i więcej bogactwa, ale nic nie mówią o tym, jaki będzie rozkład tego bogactwa starego i nowego”.

Turbokapitalizm to nic innego jak neoliberalny system rynkowy. W tym systemie to konsument jest podobno panem rynku - on kształtuje popyt. Galbraith pyta: czy aby na pewno? Jeśli spojrzy się na to, jaka presja jest wywierana na konsumenta przez wszelkiego rodzaju reklamy czy rozrywkę to można mieć co najmniej wątpliwości kto kim steruje. W książce „no logo” Naomi Klein opisuje skądinąd znane praktyki (może jeszcze nie u nas, ale z pewnością w uSA) sterowania rynkiem przez zarażanie grup społecznych kształtujących modę i trendy określonymi pomysłami, produktami, modelami, które już są przygotowane do produkcji przez „zarażającą firmę”. W tym układzie to nie konsument decyduje o popycie, a producent decyduje o tym, czego konsumenci powinni pożądać. Konsument tylko podejmuje decyzję zgodną z potrzebami producenta. Nie, to nie on jest panem rynku - jest niewolnikiem.

System finansowo-medialny

W eseju Galbraitha jest wiele ciekawych i być może dla polskiego czytelnika kontrowersyjnych stwierdzeń. krytykuje on zarówno banki centralne (w tym przypadku Fed), jak i ludzi żyjących z rynków. I nie chodzi mu wcale o inwestorów czy graczy. Przede wszystkim ma dużo do zarzucenia analitykom i ekonomistom posługującym się „konwencjonalną wiedzą - a nie rzeczywistością”. Czy pisząc taką książkę mógł w Polsce liczyć na coś innego niż na chłodne przyjęcie? Najważniejsza wydaje się jego krytyka korporacji, a szczególnie biurokracji rządzących korporacjami. Tych samych korporacji, które doprowadziły do skandalu WorldComu czy Enronu i wielu innych firm skażonych „kreatywną księgowością”, a odrzucając cudzysłów, po prostu posługujących się oszustwem. Galbraith uważa, że obecnie mamy do czynienia z systemem nie tyle rynkowym, ile korporacyjnym, gdzie kierownictwa wielkich koncernów robią co chcą, kierując akcjonariuszami, którzy uważają się za właścicieli, wcale nimi nie będąc. Właściciel powinien bowiem mieć wpływ na korporację, a jaki wpływ ma indywidualny akcjonariusz? Galbraith ma rację, ale nie do końca. nie jest to bowiem tylko system korporacyjny - jest to system finansowo-medialny. W członie „finansowy” mieszczą się bowiem i korporacje. A medialny dlatego, że to właśnie czwarta władza zastępuje w wielu przypadkach demokrację, która coraz częściej ogranicza się do wrzucenia raz na kilka lat kartki do urny wyborczej.

Księżycowa ekonomia

Układ, w którym zarówno konsument, jak i akcjonariusz nie decydują o niczym lub prawie o niczym powstał w wyniku naturalnego procesu deregulacji, zapoczątkowanego w latach 80. XX w. przez ekipę prezydenta Reagana, a potem zatryumfował po upadku ZSRR. Polska i inne kraje obozu z radością przyjęły wyzwolenie z władzy księżycowej ekonomii i nieludzkiej ideologii. Kapitalizm pozbył się jednak wszelkich obaw. Nie było już zagrożenia komunistyczną zarazą, więc idea Walfare State przestała być niezbędna. Ludzie nie mieli innego wzorca, który byłby zagrożeniem dla kapitalizmu, a właściciele firm nie musieli się już obawiać o zgubne wpływy ze strony przegranej ideologii. Dodatkowym elementem wspomagającym przemiany był wolny handel, globalizacja, a przede wszystkim deregulacja rynków finansowych. obowiązującymi hasłami były: prywatyzacja, delokalizacja (przenoszenie firm tam, gdzie siła robocza jest tania), outsourcing (wynoszenie całych działów firm na zewnątrz). Wyniki były nie tylko pozytywne. W Chinach, Indiach i w wielu innych krajach powstały miliony bardzo źle opłacanych miejsc pracy, ale jednocześnie rosło bezrobocie i spadała płaca realna w krajach rozwiniętych. Nawet zatrudnieni nie byli pewni dnia ani godziny, a ponad 1/3 z nich pracowała tymczasowo. Rynki finansowe wykreowały przeróżne instrumenty pochodne, służące do zarabiania pieniędzy przy użyciu jednego procenta depozytu całej sumy - fundusze wysokiego ryzyka (hedgingowe) w ciągu 10 lat zwiększyły portfele z 90 do 1000 mld USD. Wolność przenoszenia kapitałów z jednego miejsca kuli ziemskiej do drugiego była co kilka lat powodem rozlicznych kryzysów.

Muzeum zbankrutowanych utopii

Skrajny liberalizm gospodarczy, w połączeniu z wymaganiami MFW opartymi na konsensusie waszyngtońskim, kazał wszystkim krajom rozwijać się w ten sam sposób, nie biorąc pod uwagę różnic społeczno-kulturowych. Luttwak pisze, że „skrajności przyciągają się, więc nic dziwnego, że nowy turbokapitalizm ma wiele wspólnego z sowiecką wersją komunizmu. On również oferuje każdemu krajowi na świecie taki sam model i zbiór zasad, ignorując wszelkie różnice społeczne kulturowe i temperamentu.” Może, szczególnie w Polsce, takie porównanie do systemu, z którego dopiero co wyszliśmy jest szokujące, ale warto wiedzieć, jak oceniają obecną postać systemu zwolennicy doktryny liberalnej. Warto też wiedzieć, że zmienili oni ostatnio znacznie poglądy. Oni tak, ale nie nasi zwolennicy neoliberalizmu. Oni ciągle mówią o Adamie Smithie (twórcy teorii liberalnej) i powołują się na Johna Graya, doradcę rządu Margaret Thatcher. Luttwak przypomina, że „bogiem czcicieli rynku, którzy wysławiają wspaniałość turbokapitalizmu, jest Adam Smith, lecz ich nabożność polega głównie na tym, że go nie czytają. Dużo mądrzejszy od swoich dzisiejszych zwolenników Smith umieścił w swoim dziele wyjątki, wykluczenia i zastrzeżenia względem zasady, zgodnie z którą wolny rynek jest zawsze najbardziej wydajny i maksymalizuje łączny dobrobyt”. John Gray zaś twierdzi, że „idea globalnego wolnego rynku spocznie obok komunizmu w muzeum zbankrutowanych utopii”. Nie jest ważne czy ma rację czy nie, mówiąc, że nastąpi to „wkrótce”, ale to, że zacięty zwolennik liberalizmu zmienia swoje poglądy, myśli i ewoluuje. Jednym z najbardziej rzucających się w oczy przykładów takiej zmiany jest Jeffrey Sachs, doradca Leszka Balcerowicza z okresu transformacji. Obecnie jest dyrektorem Instytutu Ziemi i stara się pomagać ubogim, a przypomnienia swojej przeszłości traktuje z uśmiechem i stwierdzeniem, że „był wtedy młody”. Taka zmiana postaw nie nastąpi szybko w kraju, w którym Leszek Miller mówi, że „rynek ma zawsze rację”.

Dobry wolny rynek?

Przywoływani ekonomiści są zwolennikami wolnego rynku. Jednak nawet wśród tych głęboko przekonanych, że liberalizm gospodarczy jest najlepszym rozwiązaniem narastają coraz większe wątpliwości. W Polsce jednak widoczni są przede wszystkim, posługując się słowami Josepha E. Stiglitza (laureata Nagrody Nobla z ekonomii), „anachroniczni fundamentaliści rynkowi”, którzy nie chcą widzieć żadnych innych rozwiązań. nie chcą czytać Galbraitha albo, jeśli nawet przeczytają, to stanowczo przemilczają. Czekam z utęsknieniem na sygnał ze strony polskich liberałów, który pokazałby, że potrafią sobie postawić pytanie, które stawia Guy Sorman: „(…) dlaczego liberalna logika nie sprawdza się w niektórych dziedzinach? Musimy ustalić sensowne granice liberalizmu, a potem politycznie wynegocjować sposoby interwencji państwa. Już tylko kompletni doktrynerzy powtarzają, że wolny rynek zawsze jest rozwiązaniem”.

Piotr Kuczyński

WGI Dom Maklerski

Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki