Nie jest zaskoczeniem, że poniedziałkowy poranek przyniósł zdecydowane osłabienie złotego. Za euro płacimy już prawie tyle, co w szczycie listopadowej paniki. Kurs dolara przekroczył 4,20 zł i niemal wyrównał czwartkowy szczyt.


Mocne zaostrzenie zachodnich sankcji wymierzonych w Rosję rykoszetem uderzyły też w złotego. Wyprzedawane są wszystkie aktywa uważane przez inwestorów za ryzykowne, a w obecnej sytuacji geopolitycznej polski zajmuje wysoką pozycję na tej liście – choćby ze względu na położenie geograficzne Polski.
W poniedziałek o 9:58 kurs euro rósł o ponad 7 groszy, osiągając poziom 4,7054 zł. Jesteśmy więc blisko wyrównania listopadowych szczytów (4,7238 zł), kiedy to złoty był najsłabszy wobec euro od marca 2009 roku. Ewentualne przełamanie tego poziomu na gruncie analizy technicznej otwierałoby drogę ku poziomowi 4,92 zł.
Jeszcze mocniej – bo o blisko 11 groszy – podrożał dolar amerykański, za którego w poniedziałek rano trzeba było zapłacić prawie 4,21 zł. To jednak wciąż nieznacznie mniej niż w szczycie czwartkowej paniki, gdy „zielony” na polskim rynku kosztował już prawie 4,24 zł i był najdroższy od marca 2020.

O prawie 10 groszy poszły w górę notowania franka szwajcarskiego, wycenianego na 4,5460 zł. To także mniej niż w czwartek, gdy kurs CHF/PLN w najgorszym momencie dnia sięgał rekordowych 4,5770 zł. Funt brytyjski wyceniany był na niemal 5,63 zł, czyli o prawie 13 groszy wyżej niż przed weekendem.
KK





























































