Chociaż trudno w to uwierzyć – bo Tybet wydaje się niezmiernie odległy i nierealny dla zwykłego zjadacza polskiego chleba – tu też żyją zwykli konsumenci, którzy, tak jak my, robią zakupy. Tybetańskie produkty słyną z trwałości i solidności wykonania.
| Tybetańczycy to lud bardzo wierzący, taki, który na modlitwie spędza sporą część dnia i sporo dni w tygodniu. A zatem priorytetem tych ludzi nie jest konsumpcja. Stąd typowy Tybetańczyk nie ma pojęcia o markach, firmach, modzie. |
|
Tybetańskie zakupy
Rodowity Tybetańczyk wydaje się konsumentem zupełnie nieprzystosowanym do zachodniej kultury życia polegającej na kupowaniu. On kupuje tylko po to, by przeżyć. Co prawda w stolicy wskutek otwarcia na turystykę jest w nowszej (chińskiej) części miasta kilka „supermarketów”. Sam wystrój tych sklepów jest raczej skromny i brzydki, ale kupić można wszystko od jajek począwszy, poprzez nabiał, mięso, warzywa i owoce. I nie ma się co oszukiwać, że „europejski” poziom tej żywności Tybetańczycy zawdzięczają chińskiemu patronatowi. Niemniej jednak właśnie Chińczycy (ewentualnie turyści) są klientami takich przybytków.
Dużych sklepów podobnych naszym (naszym kilkanaście lat temu) z ubraniami i sprzętem gospodarstwa domowego nie ma, ale kupić te rzeczy można w małych, paskudnych budkach chińskich. Handlowy szlak uzupełniają jeszcze bazary i restauracyjki oraz budki z jedzeniem takim jak pierożki, ryż z mięsem czy różnego rodzaju zupy. O dużych restauracjach, fast foodach, magazynach mody, piętrowych sklepach, firmowych przybytkach rozkoszy handlowej można zapomnieć.
Lud uciemiężony
Tyle Lhasa. W innych miejscowościach są dobrze zaopatrzone sklepy spożywcze i takie, gdzie można dostać „szwarc, mydło i powidło”. Ale tylko podstawowe produkty. Wsie nie mają nawet tego. Handlarz europejski tu nie powojuje. Po pierwsze mieszkańcy Tybetu są pilnie strzeżeni przez Chiny. Nawet przed wydarzeniami ostatnich tygodni trudno tu było wjechać obcokrajowcowi, a wyjazd dla tubylca graniczył z cudem. Tym bardziej teraz – Tybet jest odcięty od świata. Nie ma tu zachodnich pism, nie ma telewizji, w których reklamodawcy walczyliby o czas antenowy. Po drugie poziom zamożności mieszkańców jest raczej niski. To też skutek polityki państwowej, która nie pozwala im wykonywać innych prac, jak te mało znaczące, a co za tym idzie
|
Prawa konsumenckie w Tybecie? Są one bardzo proste: jeżeli Tybetańczyk sprzedaje jakiś produkt, to wiadomo, że będzie on na 100% najwyższej jakości i solidności.
| Tybetańczycy produkują wiedząc, że sąsiad, który kupi ich towar, będzie później spędzał całe dni wysoko w górach, przemierzał kilometry, zmagał się z klimatem i pogodą. Dlatego tybetańskie wyroby są nie do zdarcia. |
Inaczej ma się rzecz z produktami „made in China” sprzedawanymi w chińskich sklepikach. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia i jest jakby wliczona w cenę. Tak więc jeżeli zniesmaczony konsument przyjedzie po dwóch dniach z urwanym „skórzanym” paskiem, to wszystko zależeć będzie od tego, kto ma większą siłę głosu i więcej czasu. Długotrwała, donośna pyskówka może czasem skłonić handlarza do zwrotu pieniędzy. Ale rzadko, gdyż jest on zaprawiony w bojach od dawna. O takich luksusach jak paragon, rachunek czy inny dowód sprzedaży można zapomnieć.
Zakupy turystyczne
|
Kobiety sprzedają srebrne ozdoby i naczynia wysadzane niebieskimi i czerwonymi kamieniami półszlachetnymi, a mężczyźni w podobnym tonie – broń. Ciekawe są wszelkiego rodzaju relikwie – oprócz buddyjskich różańców, młynki modlitewne, mantra wydrukowana na kolorowym materiale lub wyryta na kamiennych tabliczkach, instrumenty, na których mnisi grają w czasie odprawianych modłów, białe szale z cieniusieńkiego materiału, które według tradycji daje się przyjaciołom przed rozstaniem – na szczęście.
Kiedy już trafimy w ręce sklepikarza, trudno odejść bez kupienia czegokolwiek – tubylcy są mistrzami sprzedaży, a sprzedawać mają co. Oprócz ubrań, butów i ozdób, które wykonują na własne potrzeby, a przy tym zarabiają, gdy uda się to sprzedać turyście, robią również wiele rzeczy tylko dla przyjezdnych. Na przykład kolorowe dywany, chodniki, nakrycia, kapy, narzuty. Obok sklepów z tym towarem są galerie z obrazami – malowanymi na płótnach olejami i to nie kiczowatymi jelonkami na rykowisku czy zachodami krwistoczerwonego słońca, ale autentycznie artystyczne portrety, krajobrazy i scenki rodzajowe.
|
Oczywiście można kupić i „normalne” jedzenie w jednym ze sklepów spożywczych, można zjeść „normalny” obiad w jednej z restauracji i zamiast wstrętnej słonej tybetańskiej herbaty z mlekiem i tłuszczem, pić dobrze sobie znany aromatyczny napar. Tyle że ta obca kultura warta jest – jak każda – poznania, a poznać obcą kulturę najłatwiej... przez konsumpcję tego, co tubylcom najbliższe.
Więcej na: www.swiatkonsumenta.pl






























































