Wielki skup akcji w notowanej na NewConnect Novinie właśnie dobiegł końca. Na skupie skorzystał tylko prezes, który sprzedał swoje akcje za cenę kilkukrotnie przewyższającą tę rynkową.


W sobotę, 14 lipca o godzinie 3:32 w nocy (co już zasługuje na uwagę) notowana na rynku NewConnect spółka Novina SA poinformowała o nabyciu akcji własnych. Miało ono związek z ogłoszonym na początku czerwca programem skupu akcji własnych. Spółka łącznie skupiła 355 533 akcji, które zostały kupione za 782 tys. zł, co odpowiada 1/3 całkowitej giełdowej kapitalizacji Noviny.
Pierwszą rzucającą się w oczy kontrowersją jest cena, jaką za jedną akcję zapłaciła Novina: 2,2 zł. Tymczasem obecnie za jedną akcję spółki na rynku trzeba zapłacić ledwie 32 grosze. Akcje w skupie były więc niemal siedem razy droższe niż na rynku. Novina nie zrobiła więc najlepszego interesu, choć warto zauważyć, że uchwała WZA przewidywała wydanie na jedną skupowaną akcję nawet do 3 zł. Cenie towarzyszy także inna kontrowersja, do niej przejdziemy jednak później.
Odpowiedź spółki
Choć spółka nie odpowiedziała na nasze pytania, które zadawaliśmy w trakcie pisania artykułu (i telefonicznie i mailowo), swoje stanowisko zawarła jednak w raporcie ESPI, który ujrzał światło dzienne 18 lipca o godz. 18:25. Najważniejszy jego punkt mówi, iż:
"2. kurs akcji na NewConnect jest ustalany w odniesieniu do akcji przed scaleniem, natomiast cena w ramach skupu akcji własnych była ustalana w odniesieniu do akcji po scaleniu w stosunku 4 : 1, co wynika z faktu, że zgodnie ze stanem uwidocznionym w KRS scalanie miało już miejsce oraz z tego, że tylko w ten sposób możliwe było porównanie oferowanych cen sprzedaży akcji notowanych i nienotowanych na NewConnect - jeżeli podzielić cenę akcji zapłaconą w ramach skupu akcji własnych, tj. 2,20 zł, przez 4 (scalenie) daje to 55 gr, co oznacza, że cena nabycia akcji w ramach skupu akcji własnych nie była ceną kilkukrotnie przewyższającą cenę akcji na rynku NewConnect".
Nie zmienia to jednak faktu, że przebitka ponad kurs nadal jest i to spora. Dodatkowo zamieszanie z wartością nominalną to także wina spółki, o czym pisaliśmy w artykule. Chcieliśmy doprecyzować to przed jego publikacją, spółka nie odpowiedziała jednak na nasze pytania.
Tezy zawarte w artykule pozostają aktualne. Całość stanowiska spółki wobec zarzutów sformułowanych w artykule dostępna jest tutaj.
Skorzystała spółka prezesa
Skoro interesu nie zrobiła spółka, to zrobili go sprzedający, którzy sprzedali akcje zdecydowanie powyżej ceny rynkowej. A konkretnie jeden sprzedający, bo to właśnie do jednego podmiotu trafiła cała pula. Chodzi o spółkę Novina, ale nie spółki akcyjnej, lecz z ograniczoną odpowiedzialnością, która jest głównym akcjonariuszem Noviny SA. Z kolei głównym udziałowcem i prezesem Noviny sp. z o.o. jest Krzysztof Konopka, czyli... prezes Noviny SA. W praktyce Novina SA kupiła więc akcje od swojego prezesa. I to - co warto jeszcze raz podkreślić - po cenie wyraźnie przewyższającej tę rynkową. Mamy więc kolejną kontrowersję.
Jak to możliwe, że gotówka została w tak nieopłacalny sposób przetransferowana ze spółki do głównego akcjonariusza? Novina SA nie zdecydowała się na skup akcji poprzez rynek, a przez pewnego rodzaju przetarg. Inwestorzy mieli składać oferty sprzedaży w siedzibie spółki. Te najkorzystniejsze miały być przyjęte przez spółkę i akcje w nich zaoferowane objęte zostałyby skupem. Ograniczenia były w zasadzie dwa: Novina SA nie mogła skupić więcej niż 355 533 akcji, na jedną zaś nie mogła wydać więcej niż 3 zł.

Teoretycznie w wezwaniu mógł wziąć udział każdy, kto posiadał akcje spółki. Skala skupu wprawdzie sugerowała, że największym beneficjentem będzie najprawdopodobniej największy akcjonariusz, jednak zaproszenie do składania ofert było przeznaczone nie tylko dla niego, a dla wszystkich akcjonariuszy. Dlaczego więc to tylko Novina sp. z o.o. skorzystała na skupie i to przy tak niekorzystnej dla Novina SA cenie?
Chętnych było niewielu
Spółka w swoim komunikacie nie poświęca temu istotnemu problemowi zbyt wiele miejsca. Informuje jednak, że w związku z zaproszeniem do składania ofert do spółki wpłynęły cztery oferty, z czego jedna była niezgodna z regulaminem. Oferowana cena wahała się w przedziale od 2,2 zł do 6 zł za jedną akcję (przy maksymalnej akceptowalnej cenie na poziome 3 zł). Wybrano więc najkorzystniejszą i akurat złożyło się tak, że była to oferta głównego akcjonariusza, który zaoferował dokładnie tyle akcji, ile miało zostać objętych skupem.
Powyższe informacje niewiele rozjaśniają, a wręcz rodzą kolejne pytania. Gdzie byli inni inwestorzy (oferty złożyła tylko czwórka) i czemu nikt nie składał niższych niż 2,2 zł ofert? Oprócz głównego akcjonariusza pojawiły się bowiem oferty dotyczące ledwie 104 500 akcji. Nie była to więc nawet 1/3 puli, którą spółka chciała skupić. Bierność pozostałych inwestorów nie musi być jednak wcale przypadkowa.
Prezes oferuje, prezes decyduje, prezes zniechęca
Trzeba to powiedzieć wprost: cały przetarg nie jest w pełni przejrzysty. Zacznijmy choćby od faktu, że rozpisywała go spółka, prowadzona przez prezesa, który jest też głównym akcjonariuszem. Oferty wpływały do spółki, której prezes (a więc najważniejsza osoba), także składał swoją ofertę. Powiedzmy, że wstrzelić mu się z najkorzystniejszą ofertą mogło być trochę łatwiej. A nawet gdyby coś poszło nie tak, w dokumencie informującym o skupie podkreślano, że spółka może zrezygnować i nie wybrać żadnej oferty. Oczywiście nie trzeba dodawać, w czyjej gestii leżałaby ta decyzja...
To nie koniec. Potencjalny zwycięzca zobowiązywał się także stawić konkretnego - wskazanego oczywiście dopiero później przez spółkę - dnia w konkretnym domu maklerskim, by podpisać umowę. Zaznaczmy, że ex ante nikt nie wiedział, że cena będzie tak wysoka. Warunek ten mógł więc zniechęcić drobnych akcjonariuszy, dla których taka wyprawa mogła wydać się nieopłacalna. Prezes w zasadzie wykluczył w ten sposób "drobnych", co zwiększało szansę na wyższą cenę i powodzenie jego oferty.
Czar pomieszanych liczb
Na koniec warto dodać, że skupowi towarzyszy spore zamieszanie informacyjne. W zaproszeniu jest mowa o tym, że skup dotyczy akcji o wartości nominalnej 12 groszy każda. Tymczasem w statucie opublikowanym na stronie spółki wyraźnie widnieje wartość nominalna na poziomie 72 grosze. Łącznie - zgodnie ze statutem - akcji w obrocie jest blisko 7 mln, co oznaczałoby, że skupione 355 533 akcje stanowią 5 proc. kapitału. Tymczasem w komunikacie ESPI podsumowującym skup widnieje informacja, że akcje te stanowią 20 proc. kapitału. Spółka niby obecnie przeprowadza zmianę wartości nominalnej (przez co jej akcje są zawieszone od 11 lipca, skup ruszył 7 czerwca), jednak liczby i tak się mocno rozjeżdżają. Wciąż czekamy na komentarz spółki w tej sprawie. Novina zresztą z wartością nominalną "mieszała" już wcześniej, co z pewnością nie ułatwiało inwestorom podjęcia decyzji dotyczącej udziału w skupie.
Podsumowując, prezes Noviny zafundował nam świetny spektakl godny najgorszych giełdowych praktyk, które w przeszłości już kilkukrotnie kładły się cieniem na wizerunku rynku. Niby wszystko zgodnie z prawem, niesmak jednak pozostaje. Miejmy nadzieję, że giełda przyjrzy się bliżej sprawie, takie historie bowiem pokazują akcjonariuszom mniejszościowym, że "duży" może zrobić na rynku, co mu się podoba. Jest to więc swoista antyreklama warszawskiego parkietu. Inwestorom zaś pozostaje wpisać Novinę SA i pana prezesa Krzysztofa Konopkę na giełdową czarną listę. Sposób, w jaki przeprowadził skup akcji, jest w mojej opinii wystarczającym sygnałem pokazującym, że na giełdzie warto podchodzić do niego z rezerwą.




























































