Za pięć dwunasta, bo pismo złożone zostało w piątek, a w poniedziałek o 8.30, według wyznaczonych terminów, miała rozpocząć się rozprawa, która mogłaby zakończyć się ogłoszeniem upadłości warszawskiego, jeszcze niedawno, molocha. Wycofanie wniosku zostało poprzedzone próbą odłożenia rozprawy w bliżej nieznaną przyszłość, minimum do listopada, ale na takie odłożenie nabitej strzelby, która może wystrzelić dopiero w ostatnim akcie, sąd zgody nie wyraził. Co takiego wydarzyło się w spółce, pomiędzy 13 września tego roku, a 4 października, że wtedy spółka kwalifikowała się do rozpoczęcia procesu upadłościowego, a w trzy tygodnie później jest już zdrowa i zdolna do funkcjonowania, zaspokajania roszczeń wierzycieli, kontynuowania niezbędnych (choćby w elektrowni Pątnów – Adamów – Konin) inwestycji. Jakie to korzystne kontrakty tak diametralnie zmieniły jej standing? Jakoś o żadnych spektakularnych sukcesach słychać nie było.
13 września, ówczesny zarząd Elektrimu, pod kierunkiem doświadczonego finansisty Macieja Radziwiłła (przy okazji: z tych Radziwiłłów) złożył wniosek o upadłość, by zabezpieczyć majątek spółki przed zajęciem sądowym. Widocznie stan wiedzy (niemożność dogadania się z obligatariuszami w sprawie restrukturyzacji zadłużenia), stan kasy (brak możliwości zorganizowania pieniędzy na wypłatę drugiej raty należności) i stan sumienia (tego już nie trzeba rozwijać) takie rozwiązanie im dyktowały. Niebagatelną rolę w tym całym zamieszaniu odegrał wyjątkowo aktywny w ostatnim czasie Bank Rozwoju Eksportu, który najpierw „wchodził” w Elektrim, ba namaścił Macieja Radziwiłła na stanowisko prezesa, by później wycofać się z transakcji odkupienia od tej spółki 49 proc. Elektrimu Telekomunikacja (pieniądze z jej sprzedaży miały posłużyć na spłatę poprzedniego porozumienia z obligatariuszami) i odmówić spłaty długów.
Co się więc zmieniło w spółce? Ano wiele, bo zmienił się zarząd. Czyli dowcip o tym co się zbiera jak jest powódź lub inny kataklizm, i odpowiedź, że zbiera się Plenum, dotyczy nie tylko komunistów i minionych czasów. Jest jak najbardziej aktualne i w gospodarce wolnorynkowej. Okazało się bowiem, że niemożliwe stało się możliwe. Możliwe dzięki zawarciu przez Elektrim porozumienia z obligatariuszami restrukturyzującego jego zadłużenie w wysokości 510 mln euro. W tym roku, po zatwierdzeniu układu przez 75 proc. obligatariuszy, zostanie spłacona pierwsza rata zadłużenia w wysokości 25 mln euro, kolejna (30 mln) w czerwcu 2003, a całość zostanie uregulowana do roku 2005. Czyli nic się praktycznie nie zmieniło w stosunku do ustaleń wcześniejszych, które były nie do zaakceptowania. W związku z tym rodzą się dwa pytania o zasadniczo różnym charakterze.
Pierwsze: czy to możliwe, że zaprawieni w bojach, doświadczeni finansiści światowi tak się wystraszyli możliwości upadku Elektrimu i tak „zmiękli”? Chyba jednak nie.
Drugie: czy wobec tego możliwe, że rozpoczęcie przez sąd kontrolowanego procesu upadłościowego zabezpieczyłoby interesy, choćby rzeczonego PAK–u, ale w niedostatecznym stopniu chroniłoby interesy agresywnych udziałowców, którzy – co trzeba przyznać – sporo w Elektrimie „utopili” i przynajmniej trochę chcą wyłowić? Na razie wszyscy są zadowoleni a kurs spółki dynamicznie rośnie oddalając się znowu od papierów śmieciowych.
Kazimierz Krupa






























































