Gdy kurs euro zbliżał się do 5 zł, w kantorach ustawiały się kolejki chcących zamienić polskie złote na „twardą walutę”. Skoro kupowano franka po niemal 5 zł, to czy teraz warto go kupić jeszcze więcej? Spróbujmy wyjaśnić, o co tak naprawdę chodzi w kupowaniu walut obcych.


Rosyjska agresja na Ukrainę wywołała minikrach na rynku złotego. Przez pierwsze dni wojny na Wschodzie złoty stracił ponad 8% względem euro, prawie 11,5% wobec franka szwajcarskiego oraz ponad 12% w stosunku do dolara amerykańskiego. Kurs euro po raz pierwszy w historii sięgnął 5 zł. Niewiele mniej płacono za franka, a kurs dolara zbliżył się do rekordów z 2000 roku. Względem koszyka głównych walut wymienialnych (USD, EUR, CHF, GBP) złoty był najsłabszy w historii.
Jak trwoga, to do dolara
Polska stała się krajem przyfrontowym i w wyceny polskich aktywów zagraniczni inwestorzy wliczyli dodatkową premię za ryzyko. Dodatkowo złotego przygniotła tzw. sprzedaż koszykowa – czyli zagraniczne fundusze wyprzedawały wszystko, co ma związek z regionem Europy Środkowej, nie zważając na fundamenty i specyfikę poszczególnych krajów. Panikowali zarówno zawodowi ekonomiści, jak i profesjonalni zarządzający wielkimi zachodnimi funduszami inwestycyjnymi.
Przeczytaj także
W takich sytuacjach u wielu z nas budzi się jakiś „pierwotny” lęk nakazujący paniczną ucieczkę do gotówki i wymianę oszczędności na „twardą walutę” – zwykle w postaci dolarów amerykańskich lub euro (dawniej marki niemieckiej). Powiedzmy jasno – nie jest to lęk bezpodstawny. Z punktu widzenia globalnego rynku finansowego polski złoty jest egzotyczną walutą z rynków wschodzących i traktowany jest jak ryzykowna i niszowa spekulacja. Naszym pieniądzem nie zapłacimy praktycznie nigdzie poza granicami Polski, podczas gdy euro czy dolary będą akceptowane na całym świecie.
Sam jednak miałem swoiste déjà vu. Podobnie ludzie (zarówno „ulica” jak i „zagranica”) zachowywali się w marcu 2020 w trakcie covidowego krachu czy w lutym 2009 roku podczas apogeum światowego kryzysu finansowego. Wtedy też wielu spisywało Polskę na straty i bało się wszystkiego, co najgorsze. Później okazywało się, że większość tych obaw była albo bezpodstawna, albo mocno przeszacowana. Zwykle tego typu okresy stadnego zaniku racjonalności są najgorszymi z możliwych momentów na sprzedaż złotego. Tym dziwniejsze jest więc, że takie lokalne kryzys przytrafiają się nam co kilka lat, a reakcje uczestników rynku jednak nie ulegają zmianie.
„Czy warto teraz kupić waluty?”
Zwykle też w tego typu sytuacjach ludzie zasypują mnie pytaniami w stylu: „A czy warto teraz kupić waluty?”. Kompletnie nie rozumiem, skąd bierze się przekonanie, że mógłbym to wiedzieć . Pytania te sugerowały bowiem, że będę wiedział, po ile będzie euro lub dolar za dzień, tydzień, miesiąc czy rok. Powiem tyle: gdybym to wiedział, to byście teraz tego tekstu nie czytali.
Napiszę to raz jeszcze: moi drodzy, to tak nie działa. Tego typu zapytania sugerują, że ktoś może wiedzieć, po ile będzie dolar czy euro za miesiąc lub dwa. A przecież nikt nie zna przyszłości. Nie ma eksperta, analityka czy ekonomisty, który wie, co się wydarzy. Bardzo proszę drogich Czytelników, aby wreszcie przyjęli do wiadomości ten oczywisty fakt. Owszem, wielu z nas formułuje prognozy, ale są one tylko oczekiwaniami względem przyszłych wydarzeń. Czasem się sprawdzają, a czasem nie. A nawet jak się sprawdzą, to zwykle nie wtedy, gdy się tego spodziewamy i rzadko kiedy w sposób, w jaki oczekujemy.
Przewidzenie przyszłych zmian cen walut nie jest możliwe, ponieważ rynek to miliony ludzi codziennie podejmujących miliony decyzji pod wpływem zmieniających się okoliczności. Jedyne, co można zrobić, to wcześniej przygotować się na to, co może się wydarzyć. Nie wiemy, czy to coś się wydarzy. Ale potrafimy sobie wyobrazić scenariusz, w którym dochodzi do trwałego załamania notowań złotego, a kursy euro, franka czy dolara sięgają np. 10 zł. I co wtedy powinniśmy zrobić?
Horyzont ma znaczenie
W latach 1990-2020 żyliśmy w miarę bezpiecznym, stabilnym i względnie szybko rozwijającym się kraju. Po zapaści realnego socjalizmu z lat 80. wkroczyliśmy na ścieżkę mniej lub bardziej wolnego rynku z generalnie bogacącym się społeczeństwem. Od początku XXI wieku do 2020 roku towarzyszyła nam zasadniczo malejąca inflacja przy względnie stabilnym kursie euro. Polska waluta odniosła niekwestionowany sukces – zdecydowana większość Polaków darzy złotego sporym kredytem zaufania. Kto pamięta lata 80. i początek transformacji ustrojowej, ten łatwo zrozumie, jak istotna jest to różnica.
Trzy dekady względnej stabilności i rosnącego dobrobytu nieco uśpiły naszą czujność. Stąd też tak nerwowe ruchy w sytuacjach kryzysowych. A dodajmy, że to, co widzieliśmy na rynku złotego niedawno czy też dwa lata temu, to były drobne perturbacje w porównaniu do regularnych kryzysów walutowych, jakie w ostatnich latach obserwowaliśmy w Turcji czy Argentynie – czyli w dużych gospodarkach z naszego „koszyka” walutowego.
Warto sobie też uświadomić sobie dwa przykre fakty. Pomimo wszystkich polskich sukcesów gospodarczych złoty od kilkunastu lat znajduje się w ewidentnym trendzie spadkowym. Wystarczy spojrzeć na dowolną z głównych par walutowych z PLN. Czy to kurs euro, czy dolara amerykańskiego, czy franka szwajcarskiego – od 2010 roku coraz wyżej położonym dołkom towarzyszą coraz wyżej położone szczyty. Pomimo faktu że jesteśmy „krajem nadganiającym”, złoty systematycznie słabnie wobec walut praktycznie stojącej w miejscu strefy euro, wolno rosnącej Szwajcarii czy trapionej licznymi chorobami gospodarki Stanów Zjednoczonych. Nikt nie może dać gwarancji, że ten niekorzystny dla złotego trend utrzyma się w kolejnych latach. Ale też nie za bardzo widać szanse, aby złoty miał rozpocząć proces długofalowej aprecjacji. Zwłaszcza przy tak proinflacyjnej polityce polskich władz, od kilku lat usiłujących wykreować iluzję prosperity, aby wygrać kolejne wybory.
Inwestowanie jest procesem
Przy tym chciałbym mocno przestrzec przed inwestowaniem impulsywnym. Taki to właśnie tryb „załączył” się niektórym na przełomie lutego i marca, gdy ogarnięci strachem kupowali rekordowo drogie waluty. Czas na myślenie i ewentualną racjonalną ucieczkę od złotego nadchodzi dopiero teraz, gdy notowania na rynku walutowym wróciły do jako takiej normalności.
Przeczytaj także
Inwestowanie jest procesem nieustannego dostosowywania portfela do zmieniającej się rzeczywistości i zmiennych preferencji samego inwestora. To ciągła dywersyfikacja mająca na celu obniżenie ryzyka w taki sposób, aby nie zabić przy tym stopy zwrotu. Dywersyfikacja nie dotyczy tylko inwestorów giełdowych, ale każdego posiadacza oszczędności. Pytanie: „Czy kupować waluty?” jest zatem błędnie postawione. Poprawne brzmi: „Jaki udział w moim portfelu powinny stanowić aktywa denominowane w innej walucie niż PLN?”. A drugie właściwe pytanie to: „Po co właściwie chcę zamienić złotego na inne waluty?”.
Po co nam inne waluty?
Z punktu widzenia inwestora indywidualnego mieszkającego w Polsce i zarabiającego w polskim złotym dostrzegam cztery powody dla posiadania walut obcych (proszę wybaczyć, jeśli okażą się one banalne). Po pierwsze, kilkaset euro czy dolarów trzymanych w fizycznej gotówce stanowi żelazny fundusz bezpieczeństwa na najczarniejszą godzinę. Są to pieniądze, które w najgorszym scenariuszu posłużą do ewakuacji siebie i rodziny w razie wybuchu wojny, rewolucji czy innego lokalnego kataklizmu. Po drugie, są przydatne jako walutowy (i już niekoniecznie gotówkowy) komponent poduszki finansowej, rozumianej jako finansowe zabezpieczenie kilkumiesięcznych podstawowych wydatków na wypadek choroby czy utraty źródła dochodów.
Przeczytaj także
Po trzecie, jako rezerwę/fundusz na zagraniczne wyjazdy. Covidowa histeria powoli mija i niedługo (oby!) będziemy mogli swobodnie podróżować po świecie, do czego potrzebujemy jednak „twardej waluty” w postaci euro czy dolarów amerykańskich. Uważam, że warto trzymać taką rezerwę choćby po to, aby nie musieć kupować waluty na przysłowiowej „górce”, jeśli akurat wypadnie ona w pobliżu daty naszego wyjazdu.
I wreszcie po czwarte (i najważniejsze!) środki walutowe stanowią część pozycji gotówkowej w naszym długoterminowym portfelu inwestycyjnym. Tu trzeba powiedzieć jasno: w długim okresie gotówka stanowi najgorszą z istniejących klas aktywów. Fiducjarny pieniądz z roku na rok traci na wartości na skutek inflacji (czyli spadku jego siły nabywczej). Raz jest to niskie kilka procent rocznie, a innym razem nawet 5%, 10% i jeszcze więcej – tak jak to ma miejsce obecnie w Polsce. Ale finalnie wartość wszystkich „papierowych” walut nieustannie zmierza do swej wartości godziwej – czyli do zera. Nawet współczesna waluta rezerwowa świata – czyli dolar amerykański – od 1913 roku stracił prawie 97% swej wartości. Dlatego na dłuższą metę trzymanie oszczędności czy to w fizycznej gotówce, czy to na nieoprocentowanym rachunku bankowym jest fatalną inwestycją.
Równocześnie uważam, że szeroko rozumiana gotówka jest absolutnie niezbędnym elementem portfela inwestycyjnego. To zasoby wolnej gotówki pozwalają nam wykorzystywać nadążające się okazje rynkowe (takie jak te w marcu 2020 czy jesienią 2008). Przy takim podejściu struktura oraz wielkość pozycji walutowej są determinowane osobistą strategią każdego inwestora i nie ma tu miejsca na odgórnie narzucone schematy. Równocześnie w tym przypadku raczej nie będzie to waluta „papierowa”, lecz prędzej jej cyfrowe zapisy na rachunku inwestycyjnym czy też w postaci płynnych ekwiwalentów (jednostek funduszy rynku pieniężnego czy ETF-ów na krótkoterminowe papiery skarbowe).
Reasumując, pozycja w walutach obcych jest w mojej ocenie absolutnie niezbędna w szanującym swoją funkcję portfelu inwestycyjnym. Nie ma tu jednak mowy o impulsywnym zakupie walut bez wcześniejszego planu i określenia długofalowej strategii. Pewna doza środków denominowanych w walutach obcych (w tym w fizycznej gotówce) jest potrzebna zarówno jako część naszej finansowej poduszki bezpieczeństwa, jak i jako składnik długoterminowego portfela inwestycyjnego. To także część niezbędnej, zwłaszcza w polskich warunkach, dywersyfikacji geograficznej i realizacja potrzeby choćby częściowego uniezależnienia się od perspektyw kraju, w którym żyjemy, i waluty, w której osiągamy większość (jeśli nie całość) dochodów.
Przeczytaj także
Wydarzenia z ostatnich tygodni potwierdziły, że warto posiadać zdywersyfikowany portfel inwestycyjny. Zdywersyfikowany przede wszystkim pod kątem geograficznym. Trzymanie wszystkich oszczędności w polskim złotym i w polskich aktywach bywa szalenie niebezpieczne. To lekcja, którą warto odrobić, zanim wybuchnie następny kryzys.


































































